Zagrają na Stadionie Republikańskim, na którym jest tragiczne boisko. "W Holandii nawet psy sikają na lepszej trawie niż ta murawa" - powiedział do Jana de Zeeuwa niezadowolony Leo Beenhakker, wychodząc na wieczorny trening kadry. Na mecz boisko ma być w lepszym stanie. Ale Polacy i tak ślą protesty do UEFA.

"Chłopaki, to jest wasz czas" - mówił Leo Beenhakker spacerując w kręgu utworzonym przez swoich piłkarzy. "Teraz możecie spełniać swoje marzenia i pokazać, że jesteście naprawdę dobrzy. Musicie walczyć, grać agresywnie, nie odpuszczać ani na moment. Dla swojego kraju, dla kolegów, ale także dla siebie. Marzycie o tym, by trafić do Wisły lub Legii? Ale przecież wśród was jest tylko kilku piłkarzy z tych klubów. Waszym celem muszą być silne europejskie kluby, może nawet Real Madryt, czemu nie? Musicie tylko wygrywać mecz za meczem, tak jak do tej pory. Musicie pojechać na mistrzostwa Europy. By to zrobić, trzeba dać z siebie wszystko nie tylko na meczu, ale także na treningu. Nie zmarnujcie tej szansy" - tłumaczył Polakom holenderski szkoleniowiec.

Wszyscy słuchali w napięciu, z poważnymi minami. Tak było przed wszystkimi zajęciami. To przemówienie pochodzi z treningu w Erywaniu. Holender wie, że zawodnicy są w niego zapatrzeni. Wreszcie kopie mocno jedną z piłek i krzyczy: "Do roboty, zaczynamy!"

Zawodnicy sprawiają wrażenie zmobilizowanych. Beenhakker poprowadził ich do sześciu kolejnych zwycięstw w eliminacjach. To ugruntowało wzajemne zaufanie trenera i piłkarzy. Takiej serii Polska nie miała nigdy w historii. Jeśli zdobędzie dziś gola na Stadionie Republikańskim w Erywanie na długo przed końcem eliminacji pobije swój rekord w liczbie zdobytych w eliminacjach do Euro bramek.

Polscy zawodnicy podkreślają jednak, że środowy mecz będzie trudniejszy niż ten sobotni. Słuszność tych słów potwierdza historia i wspominane często spotkanie z 2001 roku, zakończone bójką, po której z boiska wyleciał Jacek Bąk. Teraz obrońca powinien być zdolny do gry. Wczoraj trenował razem z kolegami, choć nie przez cały trening.

"Polska to lider grupy, bardzo silny rywal. Ale my chcemy pokazać dobry futbol i sprawić niespodziankę" - zapowiadają w miejscowych gazetach piłkarze Armenii, dodając, że najbardziej obawiają się Euzebiusza Smolarka.

Porozmawiać z Ormianami nam się nie udało. Gospodarze złamali wszelkie przepisy. Wtorkowy trening odbyli w ukryciu, nie zorganizowali konferencji prasowej. "Złożymy protest" - zapowiadał rzecznik polskiej ekipy Kazimierz Oleszek.

Wieczorem zebrało się kilka ważnych punktów, które nasza ekipa ujmie w proteście. Polacy musieli trenować na wysokiej, niezwałowanej trawie. Nie dostali też pełnowymiarowych bramek, o które prosili – musieli ćwiczyć na niższych i dwa metry węższych. Grecki delegat UEFA Manos Mavrokokulanis zapowiedział, że ten skandal skończy się karami i jeśli stan boiska się nie poprawi, może nie dopuścić do meczu.

"W środę rano mamy odprawę techniczną na stadionie. Trawa ma być już zwałowana, przycięta i polana wodą" - powiedział DZIENNIKOWI menedżer de Zeeuw. Przez ten skandal trochę w cień zeszły wypowiedzi Beenhakkera. Trener zapowiada, że jego zawodnicy będą bardziej skoncentrowani w pierwszych minutach niż w Baku.

"Wszystkie mecze trzeba grać na 100 procent. Mistrzowie świata Włosi na Wyspach Owczych z trudem wygrali 2:1. Gdy arogancko zacznie się mecz, można zostać surowo ukaranym. To piłkarskie prawo" - mówił Beenhakker i zapowiedział zmiany w składzie. "Nie zmienię Boruca lub Dudki za to, że zrobili błędy przy golu. Zawalił cały zespół, który dopuścił do tej sytuacji. Rozwiązaniem jest lepsza gra, a nie jakieś lepsze ustawienia. A zmian w zespole dokonam dlatego, że mamy teraz innego rywala, grającego w inny sposób. Ormianie są wyżsi do Azerów, lepiej przygotowani fizycznie i taktycznie, bardziej agresywni. Dlatego zrobię zmiany. Na ten mecz potrzebuję innego zespołu" - zakończył trener.