Miało być siódme z rzędu eliminacyjne zwycięstwo (tyle wynosi rekord Pawła Janasa), a było ogromne rozczarowanie. Za sprawą fantastycznego strzału Hamleta Mkhitarjana z 66 minuty, po którym piłka wpadła w samo okienko bramki Artura Boruca. Takiego uderzenia nad murem z 25 metrów nie powstydziłby się nawet David Beckham.

"Analizowałem to już na wideo. Artur zrobił wszystko, co się dało, zdołał nawet musnąć piłkę, a to już było dużym wyczynem. Ale nie miał szans, strzał Ormianina był niesamowity" - ocenił tę sytuację dla DZIENNIKA trener polskich bramkarzy Frans Hoek.

To uderzenie, najważniejsze w przygodzie z piłką 34-letniego Hamleta Mkhitarjana, okazało się odpowiedzią na pytanie "być albo nie być” dla obu ekip. Być dla Armenii, nie być dla Polski. Bo do tego momentu żywiołowo grający gospodarze byli jednak niezbyt groźni, a gol dla drużyny Beenhakkera wydawał się tylko kwestią czasu.

Po przerwie Ormianie radzili sobie wprawdzie lepiej niż w pierwszej części meczu, ale zdołali tylko raz kopnąć piłkę w światło bramki i to zupełnie niegroźnie. Kolejne trzy, znakomite już szanse, stworzyli sobie w samej końcówce, gdy Polacy postawili wszystko na jedną kartę i rzucili się do zmasowanego ataku. Nie można powiedzieć, że Polacy nie starali się wygrać, że nie walczyli, że brakowało im determinacji. A jednak uzasadniać porażki tylko brakiem szczęścia się nie da.

W Erywanie drużynie Beenhakkera brakowało także skuteczności i rozgrywającego. Rolę tę miał spełniać Jacek Krzynówek, czasami zamieniający się z Euzebiuszem Smolarkiem, ale obaj byli mało widoczni. Krzynówek za często chował się przed piłką, która przeważnie krążyła między Marcinem Wasilewskim, a ustawionymi w środku pomocy Dariuszem Dudką i Mariuszem Lewandowskim. Wszyscy rzadko próbowali podać piłkę dalej niż na kilka metrów i stąd pierwszy strzał, i to tylko statystyczny, bo bardzo lekki, odnotowaliśmy w 10 minucie.

"Boisko nie za bardzo nadawało się do grania w piłkę, co jednak nie jest żadnym usprawiedliwieniem. W pierwszej połowie w naszym zespole było za mało ruchu, pomocnik nie miał do kogo zagrać. Bardzo żal tych trzech punktów, bo gdybyśmy pierwsi gola strzelili, na pewno byśmy wygrali" - mówił Dudka, który tracił piłkę za piłką.

A jednak w pierwszej części meczu Polacy mogli strzelić nawet trzy bramki. Gdy przyzwyczaili się już do fatalnej murawy (nie pomogło nawet zwałowanie, które zarządził delegat UEFA. Trawa była wysoka po kostki, piłka dziwnie odbijała się na nierównościach, szybka wymiana podań była niemożliwa), zaczęli stwarzać sobie dogodne okazje. W 26. minucie świetny strzał Saganowskiego obronił Gevorg Kasparow, potem bramkarz Armenii z trudem wybił piłkę po sprytnym uderzeniu z wolnego Jacka Krzynówka, wreszcie Saganowski z trzech metrów nie dobił piłki do bramki po strzale Łobodzińskiego.

"Powinienem coś strzelić. W pierwszej sytuacji zareagowałem instynktownie i świetnie zachował się bramkarz. Przy drugiej poślizgnąłem się na tym dziwnym boisku" - tłumaczył Saganowski, który starał się, walczył, ale wiele z tego nie wyniknęło. "Mieliśmy przewagę do przerwy, ale Armenia też grała nieźle, a na dodatek kapitalnie bronił jej bramkarz" - ocenił Michał Żewłakow. "Zawiodła skuteczność, bo gdybyśmy strzelili, zmieniłby sie obraz gry. Ale nie ma co zwalać winy na napastników - wszyscy atakujemy i wszyscy bronimy, jesteśmy kolektywem" - dodał obrońca.

Po przerwie Polacy mieli świetną okazję, którą po podaniu Dudki zmarnował Łobodziński. Potem było tylko gorzej. Nie udała się podwójna zmiana, zaraz po zejściu kontuzjowanego Jacka Bąka Polska straciła gola, nie udały się roszady taktyczne Beenhakkera. Pierwszy rzut rożny po przerwie Polacy wywalczyli w 87. minucie... W samej końcówce próbowali jeszcze coś zdziałać Błaszczykowski, Żurawski i Saganowski, ale Kasparow był nie do pokonanie.

Wraz z ostatnim gwizdkiem sędziego na stadionie zapanowała euforia. Ormianie nie znają się może za dobrze na piłce, ich ulubionym sportem jest boks, ale przez cały mecz kibicowali z takim zapałem, że angielscy fani przypominaliby przy nich wycieczkę ze szkółki niedzielnej. "Hayastan, Hayastan" - krzyczeli nazwę swojego kraju Ormianie, gdy ich piłkarze schodzili z boiska.

Polacy z opuszczonymi głowami siedzieli w szatni, a sztucznych ogni i fajerwerków w okolicy stadionu już nie widzieli, bo jechali wtedy do hotelu. Nadal są liderami grupy, ale droga do finałów mistrzostw Europy bardzo się wydłużyła. Straconych w ormiańskiej bitwie punktów trzeba teraz szukać na boiskach w Lizbonie, Helsinkach i Belgradzie, gdzie atmosfera nie będzie wprawdzie aż tak gorąca, ale rywale będą znacznie bardziej wymagający.

"W czerwcu reprezentacji Polski zawsze grało się fatalnie, bo każdy z piłkarzy jest inaczej przygotowany fizycznie. Nie brakuje też innych problemów. Jesienią będzie lepiej" - zapowiada Bogusław Kaczmarek.

Część Polaków próbowała pocieszać się, że w Erywanie może stracić punkty też Portugalia, która zagra tu 22 sierpnia, w 40-stopniowym upale. Nie łudzi się Żewłakow: "Portugalii łatwo tu nie będzie, ale to zespół, który wykorzysta stworzone przez siebie szanse. My tego nie zrobiliśmy" - stwierdził.