Nie pomogły korekty w ustawieniu, nawet wydawane Jackowi Krzynówkowi przy linii bocznej, jeszcze w 80 minucie, instrukcje. W swoim 13. meczu w roli selekcjonera reprezentacji Polski Holender doznał trzeciej porażki.

"Pierwsza połowa meczu była nasza, mieliśmy wtedy okazje, by zdobyć gola. Drugą część lepiej zaczęli Ormianie. Niczym nas nie zaskoczyli, ale grali po prostu lepiej. Gdy strzelili gola zrobiłem wszystko, co mogłem, żeby odrobić straty. Wprowadziłem dodatkowego napastnika, a gdyby nie kontuzja Bąka wszedłby także Kaźmierczak, który świetnie radzi sobie w powietrzu w polu karnym rywala. Musiałem jednak wpuścić Sobolewskiego" - wyjaśnia Beenhakker.

"Było wiadomo, że rozgrywanie na koniec sezonu dwóch meczów w cztery dni, to nie jest dobry pomysł, ale nie ma co o tym myśleć. Dobra wiadomość jest taka, że nadal jesteśmy w czołówce tabeli i nadal wszystko mamy we własnych rękach" - dodał szkoleniowiec.

Holender po wyjściu z szatni sprawiał wrażenie bardzo spokojnego. Logicznie wyjaśniał, dlaczego zestawił zespół w ten właśnie sposób, nie szukał tanich wymówek.
"Łobodzińskiego zmieniłem, bo nie wytrzymałby półtorej godziny. Rywale oprócz ostatnich minut meczu, gdy zaczęliśmy bronić jeden na jednego, nie widzieli Boruca z bliska. W końcówce przesunąłem Lewandowskiego do tyłu, Dudkę do przodu, by walczył w powietrzu. Zawodnicy zrobili dziś wszystko, co możliwe, by wygrać, czasami to jednak nie wystarcza. Nie zagrali może na najwyższym poziomie, ale to przecież koniec sezonu" - mówił Beenhakker.

Zirytował się dopiero, gdy w czwartek rano, tuż przed wyjazdem z hotelu, przytoczyliśmy mu słowa, komentującego mecz w telewizyjnym studio Jerzego Engela. Były selekcjoner ostro skrytykował Holendra i Jacka Bąka, po którego faulu Armenia zdobyła gola: "Jacek nigdy, przenigdy nie powinien się był tak zachować. Sfaulował Ormianina w najgorszym możliwym czasie i miejscu. Zapewne faulem chciał wymusić na Leo Beenhakkerze, by go zmienił. Jeżeli chciał zmiany, to powinien to zasygnalizować wcześniej i w inny sposób. Poza tym Beenhakker dokonał złych zmian" - wyjaśniał telewidzom Engel.

"Ja nawet nie rozumiem, jak Jacek mógł faulować celowo? Co to znaczy?" - pytał się wściekły Beenhakker. "To żałosne, nie rozumiem takich zachowań. Jestem zmęczony tymi wszystkimi komentarzami na te cholerne tematy. Gdy wygrywasz, nie słyszysz tych wszystkich ekspertów, gdy przegrywasz, od razu się pojawiają, by zabłysnąć. Jak się komuś nie podoba moja praca, może sam wziąć i poprowadzić drużynę. A ja mogę spokojnie wrócić do domu" - powiedział DZIENNIKOWI Beenhakker tuż przed czwartkowym wyjazdem z Erywania.

"Jestem zmęczony tymi wszystkimi ludźmi. Jacek poprosił o zmianę i od razu ją dostał. Mieliśmy pecha, że akurat w tej sytuacji padł gol. Gdyby nie to, nikt nawet nie wracałby do tematu" - mówił Beenhakker. Gdy słowa Engela usłyszał Bąk, tylko się ironicznie zaśmiał: "Skoro taki wielki znawca futbolu uznał, że faulowałem celowo... Nie zdążyłem po prostu za rywalem. Chciałem wejść przed niego łokciem i się nie udało. A moje gesty przy zdejmowaniu opaski kapitana oznaczały rozczarowanie tym, że nie poradziłem sobie z rywalem bez faulu" -wyjaśniał Bąk. Słowa swojego byłego trenera nazwał "dziwnymi”:

"Nie po to gram w piłkę, by robić coś złego dla zespołu. Niech trener Engel mówi, co chce, ale nie wie, co we mnie siedzi i co miałem w głowie. Nie faulowałem celowo, zmiana była i tak przecież ustalona" - spokojnie mówił najbardziej doświadczony z kadrowiczów (86. występ w reprezentacji), grający zresztą bardzo dobrze, choć z bolącą nogą.

Tylko on i Maciej Żurawski grali we wszystkich meczach tych eliminacji, a jednak nie odpuścił. To spory kontrast wobec zachowania trzech rozpieszczonych juniorów, którzy niedawno odmówili wyjazdu z reprezentacją Polski na mistrzostwa świata U–20, tłumacząc się zmęczeniem.

"Grałem, bo chciałem pomóc kolegom. W trakcie meczu coraz bardziej czułem jednak ból. Myślałem, że rozbiegam to z czasem, ale nie dałem rady. Poprosiłem o zmianę i ją dostałem. Gola już nie widziałem, bo zszedłem do szatni, położyłem się i przyłożyłem lód do nogi. Szkoda, że po moim faulu padł gol, szkoda że kilka minut wcześniej świetnej szansy nie wykorzystał Wojtek Łobodziński. Taki jest futbol, raz wygrywasz, raz przegrywasz" - podsumował Bąk, dla którego Erywań jest wyjątkowo nieszczęśliwy. Przecież w poprzednim meczu na Stadionie Republikańskim dostał czerwoną kartkę...