Minął okrągły rok od czasu mistrzostw świata w Niemczech. Tomasz Rząsa wciąż ma w pamięci chwilę, kiedy dowiedział się, że nie pojedzie na mundial. Nie mógł uwierzyć, że selekcjoner go pominął. "Śmiałem się przez łzy" - wspomina w rozmowie z "Faktem".

Wróćmy na moment do 15 maja 2006 roku, kiedy Paweł Janas ogłosił nominacje.
W nocy przed tym dniem spałem spokojnie. Przecież z 10 meczów eliminacyjnych 9 rozegrałem od początku. Tych, które decydowały o awansie. Jeździłem na wszystkie zgrupowania. Nawet kosztem udziału w pogrzebie mojego przyjaciela Krzysia Nowaka.

Mundialowa nominacje oglądał Pan w telewizji z innym kadrowiczem, Arkadiuszem Radomskim. Na łączach telefonicznych był Jerzy Dudek...
Pamiętam pierwsze słowa Jurka: "To nie dzieje się naprawdę, to jest jakaś farsa". Śmialiśmy się przez łzy.

Ze składu wygryzł Pana piłkarski anonim Seweryn Gancarczyk. Dlaczego?
Jeśli jesteśmy przy tym nazwisku, to chłopak zagrał w dwóch meczach. Nie wierzę, aby swoją grą przekonał trenera, żeby wziął go na mundial.

To, co w takim razie kierowało selekcjonerem? Domyśla się Pan, o co chodziło?
Każdy inteligentny człowiek może się domyślać, o co chodziło.

Czy Paweł Janas osiągnąłby więcej z Panem w składzie?
Nie wiem, czy ze mną, Dudkiem i Frankowskim byłoby lepiej. Ale pewna grupa ludzi ten awans zapewniła, a nasza siła tkwiła w drużynie. Robienie takiej rewolucji za pięć dwunasta było błędem Janasa.

Jakie są teraz Pana sportowe cele?
W nowym sezonie mam szansę na 50. występ w europejskich pucharach. To są moje sportowe cele. Innych już nie mam. Reprezentacja to rozdział zamknięty. Pieniądze już mam. Nigdy nie będę gwiazdą, szukam małych wyzwań i cieszę się z życia. Śmierć Krzysia Nowaka uświadomiła mi, jak nieważny jest ten nasz cały futbol i gonitwa za pieniędzmi.