Dorabia pan do emerytury, boi się skończyć karierę? Po co pan jeszcze gra?
Ciężko się rezygnuje z czegoś co ciągle sprawia przyjemność. Nie mam kontuzji, fizycznie zawsze jestem dobrze przygotowany. A w Austrii przecież jeszcze doszły sukcesy sportowe. Z SV Ried wywalczyłem wicemistrzostwo. Ale rzeczywiście, mam już 34 lata i obawiam się też tego, co będzie po zakończeniu kariery. Mam parę pomysłów na życie, ale to jednak nowa droga. Do tej pory grałem tylko w piłkę i cały mój świat się do niej ograniczał.

Może zostanie pan rentierem...
Kusząca propozycja, bo zarobiłem odpowiednie pieniądze, aby już nic nie robić. Ale z drugiej strony wiem, że po roku wakacji zacząłbym odczuwać pustkę i chęć do roboty. Zrobię sobie jednak taki tour dookoła świata. Objadę te miejsca, które do tej pory widziałem tylko z perspektywy hotelu i stadionu. Ale później zajmę się czymś poważnym.

Ma pan zmysł do robienia wielkich biznesów?
Raczej nie, chciałbym więc te pieniądze, które zarobiłem, inwestować bezpiecznie, na przykład w nieruchomości. Wiadomo, że na tym się nie traci. Zarobić pieniądze w piłce to jest sztuka, ale jeszcze większą później ich nie roztrwonić.

Żal będzie schodzić z boiska?
Nawet bardzo. Grałem przecież w Polsce, Szwajcarii, Holandii, Serbii, Austrii. Dwanaście lat jestem za granicą. W trzech różnych klubach występowałem w Lidze Mistrzów, rozegrałem wiele meczów w Pucharze UEFA i zdobyłem to trofeum z Feyenoordem, byłem na mistrzostwach świata w Korei, rozegrałem 36 meczów w kadrze. Trochę się jednak nagrałem.

Uchodzi pan za piłkarza-intelektualistę. Czyta książki, grzeczny, uśmiechnięty chłopak...
Nie chcę wchodzić w politykę, ale Gombrowicza chętnie przeczytałem i nie tylko lekturę obowiązkową - Ferdydurke. Moim ulubionym autorem zawsze jednak był Dostojewski. Woziłem grube książki na zgrupowania i z moim przyjacielem Krzysiem Nowakiem prowadziliśmy długie, poważne dyskusje o życiu. W szkole nigdy nie miałem problemów z nauką. W Krakowie chodziłem do 14. Liceum Ogólnokształcącego, do klasy z poszerzonym językiem angielskim, który bardzo mi się później przydał. W ogóle mam łatwość uczenia się języków. Dobrze mówię po angielsku, niemiecku, holendersku, serbsku, intensywnie uczę się hiszpańskiego.

Żeby do Jurka Dudka na mecze jeździć do Madrytu...
Rozmawiałem z nim i wiem, że dobrze wygląda ta sprawa z Realem. Naprawdę jest szansa, aby tam zagrał. Do Betisu zawsze może pójść. Optymalna byłaby dla niego jednak Benfica i na nią napalony jest najbardziej. To jest super klub, fajne miejsce do życia, Liga Mistrzów zapewniona i jeszcze rozgrywki ligi portugalskiej niespecjalnie wyczerpujące dla bramkarza.

Panuje moda, na powroty starszych piłkarzy do Polski. Nie kusi to pana?
Ja też niebawem wracam, ale już raczej nie na boisko. Może zostanę trenerem, może dyrektorem sportowym, może menedżerem. W Polsce nie ma przecież aż tak wielu ludzi, którzy mają takie duże doświadczenie zebrane za granicą jak ja.

Gdzie było panu najlepiej?
W Rotterdamie zostawiłem swoje serce. Urodziły się tam moje dzieci. W szpitalu przy samym stadionie De Kuip.

Może w tym samym co Leo Beenhakker?
Możliwe. On też przecież jest rotterdamczykiem. Ludzie urodzeni w Rotterdamie są bardzo specyficzni. Mówi się o nich, że pracują z zakasanymi rękawami. W myśl zasady: pracuj ciężko, a reszta sama przyjdzie. Bardzo twardo stąpają po ziemi, nie owijają w bawełnę, mówią to, co myślą i mają przekonanie, że wiele już w życiu w przeszli. Są tak pozytywnie butni. Wiąże się to z historią. Podczas drugiej wojny światowej miasto, podobnie jak Warszawa, było całkowicie zrównane z ziemią. Musieli je odbudować. Mają największy port na świecie, w którym przez lata ciężko harują. To miejsce odciska piętno na charakterach tych ludzi. My Polacy możemy dyskutować nad stylem Leo Beenhakkera, ale on po prostu jest z Rotterdamu. Innym znamiennym przykładem rotterdamczyka z krwi i kości, takiego ekstremalnego jest Ebi Smolarek. Tam się przecież wychował.

Dlatego jest taki zamknięty w sobie?
Nawet nie chodzi o jego zamkniętość. On na każdy temat ma swoje osobiste zdanie, pamiętam jak wiele lat temu strasznie był zły, że nie zagrał w jakimś meczu kadry. Więcej tam nie pojadę - mówił z rotterdamskim akcentem. I chciał się tego trzymać. Tłumaczyłem mu, Ebi, chłopaku, przecież ty masz osiemnaście lat, jeszcze się nagrasz. Polska jest mu trochę obca. Nie mówi dobrze po polsku i na pewno z tego powodu może mieć jakieś kompleksy kiedy przyjeżdża do Polski.

Myśleliśmy, że opowie pan o Serbii...
Wspaniały kraj i twardzi ludzie. Kiedyś kibice Partizana Belgrad wywiesili transparent po polsku: "Tomek, tylko ty nie jesteś ch... ”. Bo jako jedyny tydzień wcześniej podziękowałem kibicom za doping w przegranym meczu.

Podobno poznał pan gwiazdę serbskiej sceny muzycznej i jednocześnie prezesową Obilica Belgrad - Cecę.
Po meczu z Obilicem mieliśmy rozbieganie. Ceca w obcisłej skórzanej mini weszła na murawę w obstawie dwóch osiłków bez karków. Odruchowo wszyscy przestaliśmy biegać. Stanęliśmy z otwartymi buziami. A ona zaczęła z nami dyskutować o piłce. Tłumaczyła nam, co sądzi o meczu.

Zna się na piłce?
Myślę, że nie. Ale ma taką urodę i głos, że nie musi. Mam zresztą kilka jej płyt i innej „narodnej” serbskiej muzyki. Po meczach w Belgradzie chodziliśmy z kolegami na łodzie przycumowane do brzegu Dunaju. Posłuchać muzyki, zjeść coś, zabawić się. To piękne miasto. Przestraszyłem się tylko wtedy, gdy szefowi miejscowego związku piłki nożnej strzelili w głowę. Mój kolega, z którym grałem w Partizanie, bardzo dobrze go znał i traktował jak drugiego ojca. Tąpnęło mną. W tym czasie dochodziło do zamieszek w Kosowie i były wielkie protesty w Belgradzie, miasto sparaliżowane. Nie można było po ulicach jeździć. Nie wiadomo dlaczego, ale obrzucono też kamieniami polską ambasadę.

Trochę bałkańskiego folkloru jak z filmów Kusturicy pan liznął...
Oj, tak tak. Ale bardzo miło wspominam ten czas. Serbowie są twardzi, ale bardzo mili. Mimo, że jestem katolikiem, a oni prawosławni i zawsze jakieś różnice na tle religijnym były, to jednak szanowali mnie. Mówili o mnie: Polak, ale dobry człowiek. Będę nieskromny, ale spotkałem się z tym stwierdzeniem także w innych państwach. Bo ja jestem staram się być solidny w piłce i w życiu. Nie robię świństw.

Jak zostanie pan menedżerem piłkarskim, to będzie pan musiał zmienić styl. Menedżerowie w Polsce działają na granicy bandytyzmu...
W Polsce tak jest. Na zachodzie niekoniecznie. Mój obecny menedżer Jan de Visser, który prowadzi też sprawy Jurka Dudka, to naprawdę uczciwy facet. Bardzo sobie go chwalę. Porządny człowiek.

Ile rozegrał pan meczów w Lidze Mistrzów?
25. Jurek przebija wszystkich, drugi jest Krzysztof Warzycha, ma 26. Ja jestem na trzecim miejscu spośród Polaków. Przeczytałem to w książce Romana Hurkowskiego. Ale z kolei jestem jedynym Polakiem, który grał w Lidze Mistrzów w trzech różnych klubach – Partizanie, Feyenoordzie i Grasshoppers Zurych.

Kto pana przesunął z ataku do obrony?
Leo Beenhakker. Grałem wtedy w Grafschaap. Przyjechał i zapytał czy nie chciałbym zagrać w klubie z wyższej półki, ale na innej pozycji niż zwykle. Powiedział, że mnie widzi na lewej obronie. Ciężko było odmówić, bo Feyenoord to był wtedy mistrz Holandii.

Sądzi pan, że Beenhakker miał taką zdolność przewidywania, że sprawdzi się pan na innej pozycji, czy to był jakiś układ?
Chyba jednak ma zmysł przewidywania. Co prawda mistrzostwa nie powtórzyliśmy, ale prawie wdrapaliśmy się do ćwierćfinału Ligi Mistrzów. To był udany rok. Super mecze z Chelsea, Lazio czy Dortmundem kibice wspominają do tej pory.

Jak pan wspomina Beenhakkera z tamtych czasów?
Nie mówił wiele, ale to, co powiedział, trafiało do nas. Miał takie swoje złote myśli. Raz tylko widziałem go jak dostał furii, zwykle raczej zachowywał dystans.

Kiedy Holender został trenerem reprezentacji, liczył pan na powrót do kadry?
Dziennikarze myśleli, że ja i Jurek Dudek będziemy u niego pewniakami. Też sądziłem, że dostanę szansę, ale... zapomnijmy. Od roku nie myślę już o kadrze, nie rozmawiałem z polskimi mediami, chciałem się odizolować, zapomnieć o tym co się stało.

Wraca pan do 15 maja 2006 roku, kiedy Paweł Janas ogłosił nominacje do kadry na niemiecki mundial.
W nocy przed tym dniem spałem spokojnie. Przecież z 10 meczów eliminacyjnych rozegrałem dziewięć od początku. Tych, które decydowały o awansie. Jeździłem na wszystkie zgrupowania. Nawet kosztem udziału w pogrzebie mojego przyjaciela Krzysia Nowaka.

???
Na mecz z Azerbejdżanem nie byłem powołany, bo miałem kontuzję. Zapytałem jednak Pawła Janasa czy mogę przyjechać aby pobyć z chłopakami, potrenować, bo mi się to przyda w ramach rehabilitacji. A liga już się skończyła. Janas powiedział, że nie ma sprawy. Przyjechałem i okazało się, że wyglądam bardzo dobrze. Trener był zadowolony, a niespecjalnie miał zastępcę na moje miejsce. Zapytał, czy bym nie zaryzykował. Akurat umarł Krzysiek, wiec chciałem jechać na pogrzeb. Po konsultacjach z Pawłem, żoną Krzysia i moją, zdecydowałem się zagrać w Azerbejdżanie. Wszyscy mówili mi, że Krzysio wolałby, abym pojechał grać.

Wróćmy do 15 maja...
Kilka dni wcześniej rozegraliśmy ostatni sparing we Wronkach z Wyspami Owczymi. Trener wypróbował mnie na pozycji środkowego obrońcy, przeszliśmy szereg badań i testów. Jak na starego grajka wyglądałem całkiem nieźle. Asystent Maciek Skorża pożegnał się ze mną dając do zrozumienia, że widzimy się przed wyjazdem do Niemiec. Naprawdę nie mogłem się spodziewać niczego innego. Oglądałem z Arkiem Radomskim te nominacje w telewizji. Na łączach telefonicznych był Dudek. Pamiętam jego pierwsze słowa: To się nie dzieje naprawdę, to jest jakaś farsa. Śmialiśmy się przez łzy.

Analizował pan na chłodno, dlaczego nie było tego powołania?
Jeśli byłby argument, że nie jestem formie albo nie gram w klubie, to bym zrozumiał. Ale ja grałem i w klubie i w reprezentacji i byłem w formie.

Ze składu wygryzł pana Seweryn Gancarczyk. Nie próbował pan zastanowić się dlaczego?
Jeśli jesteśmy przy tym nazwisku, to chłopak zagrał w dwóch meczach, w tym jeden z Wyspami Owczymi, przez 45 minut. Nie wierzę, aby swoją grą przekonał trenera, że wziął go na mundial...

To takim razie co kierowało selekcjonerem? Jest pan inteligentny, oczytany...
Panowie, nie ma sensu. Każdy inteligentny, oczytany człowiek domyśla się, o co chodziło...

Podałby pan rękę Janasowi?
Oczywiście. Choć jest sprawcą największej przykrości jaka mnie w futbolowym życiu spotkała.

Policzek?
Nóż w plecy, określenie Frankowskiego i Dudka jest chyba trafniejsze. Sądzę, że trener wie, że zrobił błąd. Czas to pokazał. Widzieliśmy jak wyglądała drużyna w Niemczech.

Z wami byłoby lepiej?
Można polemizować, co do składu. Ale pewna grupa ludzi ten awans zapewniła i nasza siła tkwiła w drużynie. Zespół był scalony mentalnie.

Ale w futbolu nie liczą się zasługi, tylko aktualna dobra dyspozycja. Pan był w słabej formie.
Nie zgadzam się. Dyspozycja to jest pojemne określenie. Miałem bardzo dobre wyniki badań.

Dudek do tej pory nie gra, Frankowski nie strzela goli. Wychodzi, że Janas miał rację...
Pozostaję przy swoim zdaniu. Robienie takiej rewolucji za pięć dwunasta było błędem.

Nieobecność na mundialu niespecjalnie zaszkodziła panu w karierze. Podpisał pan kontrakt z SV Ried, z którym wywalczył wicemistrzostwo Austrii.
Złapałem drugi oddech. Piłkarz powinien szukać nowych celów w każdej sytuacji. Sam się zastanawiałem jaką motywację może mieć taki ktoś jak ja. Aby w wieku 34 lat ganiać za piłką gdzieś na prowincji w Austrii i być z dala od rodziny. I wiecie co mnie natchnęło? Książka. Ale nie ta Dostojewskiego, tylko Hurkowskiego. Wyczytałem, że jeśli wejdziemy do pucharów, to będę mógł mieć 50 występ w europejskich pucharach. Tego się trzymam. Bo jakie ja mogę mieć jeszcze inne sportowe cele? Reprezentacja? – rozdział zamknięty. Pieniądze? Już mam. Sława? Nigdy nie będę gwiazdą. Szukam małych wyzwań i cieszę się z życia. Śmierć Krzysia uświadomiła mi jak jak nieważny jest ten nasz cały futbol i gonitwa za pieniędzmi.

Jak długo jeszcze pogra pan w piłkę?
Już miałem kończyć z grą, ale prezes wziął mnie na stronę, pokazał kalendarz i mówi: "Tomek popatrz, tu jest przerwa na mecze kadry, bierzesz tydzień wolnego, tu też, masz drugi tydzień. Dołożę ci jeszcze kilka dni i w sumie będziesz mógł być w domu 4 tygodnie". "A runda rewanżowa?" - zapytałem. "Wiesz jak do kwietnia czas szybko zleci" - odparł. I przekonał mnie. Dałem się kupić tymi urlopami.

Pana przyjaciel Maciej Skorża został trenerem Wisły, nie wróciłby pan do Krakowa?
Do Wisły nigdy. Przecież ja jestem z Cracovii. Pewnych rzeczy człowiek nie może zrobić za żadne pieniądze.