"Nie toleruję przestojów. Były dwa awanse, ma być kolejny. GKS powinien znowu liczyć się w Europie. Mają tu przyjeżdżać kibice zza granicy, tak jak kiedyś" - mówi stanowczym tonem Jan Furtok, prezes klubu z Katowic.

W Katowicach mają problem. Zespół miał szczęście w losowaniu i awansował bez meczów barażowych, ale na tydzień przed ich terminem wykupiono ponad 6,5 tysiąca wejściówek. Furtok zapewnia wszystkich kibiców, że bilety będą ważne na pierwszy mecz w drugiej lidze.

Katowice ogarnęła euforia. Koniec grania z małymi osiedlowymi klubikami. "W Katowicach jest taki klub Rozwój. W styczniu znajomy spotkał chłopaków od nich w barze osiedlowym. Powiedzieli, że interesuje ich tylko to, żeby nam dokopać. Pozostałe mecze są nieważne" - śmieje się Krzysztof Markowski, pomocnik GKS Katowice. "Tak to było w tym sezonie, że zespoły czekały tylko na mecz z nami. Ważne, żeby spiąć się na Katowice i jakiś punkt urwać. A później można przegrać trzy mecze".

"Dla takich małych klubów to często był najważniejszy mecz w życiu. U nas nie ma takich gwiazd jak kiedyś, ale dla naszych rywali ważne było, że GKS przyjechał i trzeba się pokazać" - opowiada Piotr Piekarczyk, trener klubu. Gdy GKS był degradowany do czwartej ligi, w Katowicach mówiono o dramacie i upadku klubu. Z perspektywy czasu nikt tego nie żałuje. "Dzisiaj jesteśmy w tym samym miejscu, ale różnica jest ogromna. Na każdym meczu jest kilka tysięcy osób, na Tychach było 10 tysięcy. Gdy zespół spadał z pierwszej ligi, na mecze przychodziły dwa tysiące" - przypomina Furtok, który przejął stery od Piotra Dziurowicza.

"On wyniósł z klubu wszystko, nawet stare biurka. A ludziom zapomniał zapłacić. Gdy zaczynaliśmy od początku w czwartej lidze, wykupił sobie miejsce w sektorze zarezerwowanym dla najbardziej zagorzałych fanów. Skończyło się na, jakby to powiedzieć, stanowczym ostrzeżeniu. Od tej pory Dziurowicz nie przekracza nawet bramy stadionu" - mówi Furtok.

W Katowicach to właśnie na "młodego” Dziurowicza najbardziej pomstują. Że doprowadził klub do upadku, nie oddawał pieniędzy za transfery, ludzie przez niego uznawali "Gieksę” za klub niegodny zaufania. "Dzisiaj powoli odzyskujemy zaufanie sponsorów. Ludzie zaczynają dowiadywać się, że to zupełnie inny klub" - mówi Furtok, miejscowa legenda, 36-krotny reprezentant Polski.

Od kiedy firmuje GKS swoim nazwiskiem, pojawiło się tam sporo miejscowych firm. W trzeciej lidze budżet klubu wynosił 1,5 miliona złotych. Teraz ma być 5,5 miliona. Trwają rozmowy z miejscowym gigantem, Katowickim Holdingiem Węglowym. W Katowicach liczą też na pomoc miasta. "Prezydent obiecał jak były wybory, a później zapomnia. Może sobie teraz przypomni" - zastanawia się Jerzy Wijas, legenda klubu z Katowic.

Jedenastokrotny reprezentant Polski dzisiaj pracuje na normalnej posadzie w górnictwie. Mogło być inaczej, ale kiedyś odmówił "służby” w Legii Warszawa. Ówczesny trener klubu ze stolicy, Jerzy Kopa, postanowił, że go zgnoi i swego dopiął. Wijas skończył w "okręgówce”. Dzisiaj znowu ma piękne dni. Na ostatni posezonowy trening przywiózł syna Łukasza. "Proszę sobie wyobrazić co to za uczucie. Łukasz zadzwonił do mnie z szatni, gdy tylko dowiedział się o awansie. Radość nieprawdopodobna" - mówi Wijas, Ślązak z krwi i kości.

W Katowicach to ważne. GKS ma być śląskim klubem. Wszyscy którzy tu grają, są albo miejscowi albo mocno zakorzenieni. To klucz do sukcesu. "Ważne, żeby zawodnicy mieli charakter. A śląski charakter to coś niepowtarzalnego. Tu ludzie zawsze byli mocni. Myślę, że to bieda nas tak ukształtowała. Ale potrafili cieszyć się życiem i iść ramię w ramię, wiem, co mówię, bo sam pochodzę z ubogiej rodziny" - mówi Furtok. "Przyjeżdżało tu wielu. Brali pieniądze i grali byle co. A miejscowi dadzą się za GKS pokroić" - dodaje Wijas.

Miejscowy jest Krzysztof Markowski. Przyszedł do "Gieksy”, gdy ta zaczynała sezon w trzeciej lidze, chociaż miał propozycje z klubów ekstraklasy. W tym z Górnika Zabrze. "Ciężko wyjaśnić fenomen <Gieksy>. Tu jest po prostu jedyny, niepowtarzalny klimat. Wystarczy spojrzeć na trybuny" - mówi rodowity... zabrzanin. "Poza tym wiemy, o co gramy. Od początku mówiłem prezesowi, że jeśli mamy wegetować w trzeciej lidze, to mnie to nie interesuje. Tak samo jest teraz. Interesuje nas walka o awans". O to nie będzie łatwo. Trener Piotr Piekarczyk uważa, że zespół potrzebuje wzmocnień. "Rozumiem euforię, ale muszę być realistą. Potrzebujemy kogoś do obrony, defensywnego pomocnika i napastnika" - mówi szkoleniowiec klubu.

GKS chce sprowadzić byłych zawodników z Katowic. Na "celowniku” jest Mariusz Muszalik z Odry Wodzisław, Dawid Plizga z Zagłębia Lubin i Paweł Pęczak z Lechii. "Z kraju też może kogoś sprowadzimy, ale w sumie myślę, że jesteśmy w stanie powalczyć chłopakami z Katowic. W tej rundzie zdarzało się, że w jednym meczu było ośmiu naszych. Sami młodzi. Swój zawsze swego słucha i niech tak zostanie" - zaznacza Furtok.