Kiedyś to wszystko miało ręce i nogi - zachwycaliśmy się grą Zbigniewa Bońka, więc wyłowił go Juventus Turyn. Czarował Dariusz Dziekanowski, więc zgłaszał się po niego Celtic Glasgow. Szalał Andrzej Juskowiak - wyjeżdżał do Sportingu Lizbona. W pojedynkę wygrywał mecze Wojciech Kowalczyk, więc szedł do Betisu Sewilla. Wiadomo - dobry piłkarz powinien grać w dobrej lidze. A dziś?

Tylko w ostatnim czasie Przemysław Kaźmierczak przeszedł do FC Porto, Arkadiusz Malarz do Panathinaikosu Ateny, Jerzy Dudek rozpoczął negocjacje z Realem Madryt, a Łukasz Fabiański podpisał kontrakt z Arsenalem Londyn. Nie twierdzę, że to są źli piłkarze - daleki jestem od tego - ale faktem jest, że przynajmniej pierwsi dwaj nigdy nie byli w Polsce cenieni.

Malarza po przejściu do Lecha niektórzy pracownicy tego klubu wysyłali do malowania obdrapanych jupiterów, a Kaźmierczak wydawał się trochę topornym, ślamazarnym pomocnikiem, którego bez żalu w razie czego można było przesunąć do obrony. Owszem, zdarzało się, że wpadał w krąg zainteresowań Wisły czy wspomnianego Lecha, ale starania o pozyskanie go nigdy nie były specjalnie intensywne. Chce przyjść, niech przychodzi, nie chce – jeszcze lepiej. Mamy ośmiu lepszych.

Teraz ci dwaj robią kariery międzynarodowe - takie, o jakich marzą piłkarze lepsi i bardziej renomowani. A my się przecież przyzwyczailiśmy, że jeśli już Polak ma grać w Panathinaikosie, to może być to Warzycha, a jeśli w Porto, to Młynarczyk. Przywykliśmy do tego, że do Realu trafia Zidane lub Beckham, a nie Dudek. Wbiliśmy sobie do głowy, że w bramce Manchesteru United stoi Schmeichel, a nie Kuszczak. Dziś okazuje się, że musimy trochę zmienić postrzeganie piłkarskiego świata, bo on zakochał się w naszych rodakach jakąś dziwną, ślepą miłością.

Trzy lata temu wydarzeniem w kraju był transfer Andrzeja Niedzielana z Groclinu Grodzisk Wielkopolski do NEC Nijmegen, czyli generalnie ze wsi na wieś. Dziś dożyliśmy takich czasów, że transfer Jakuba Błaszczykowskiego z Borussią Dortmund przechodzi niemal niezauważony, a o negocjacjach niejakiego Miśkiewicza z Kmity Zabierzów z Milanem informują gazety ledwie lokalne. Absurd. To tak, jakby aktorów z „Plebani” w komplecie przenieść do Hollywood, a "Tele Tydzień” - jako jedyny w kraju - poświęcił na to marną jedną szpaltę. Mówiąc krótko – w naszej zapyziałej piłce doszło do tylu spektakularnych transferów, że aż nam spowszedniały.

Fakty są takie, że dziś mamy polskich piłkarzy w kadrach takich klubów jak Manchester United, Arsenal Londyn, Celtic Glasgow, FC Porto, Anderlecht Bruksela, Palermo, Borussia Dortmund, Panathinaikos Ateny, Olympiakos Pireus czy Spartak Moskwa. Akcje naszych zawodników na futbolowej giełdzie idą drastycznie w górę i teraz pozostaje tylko pytanie, czy jak śpiewa Patrycja Markowska "świat się pomylił”, czy też sprawdza się powiedzenie, że najciemniej jest pod latarnią. Trzymając się finansowej terminologii - wkrótce okaże się, czy to stały trend, czy nastąpi korekta na rynku i wspomniani piłkarze wylądują na bruku lub w najlepszym wypadku na ławkach rezerwowych.

Bez wątpienia na wejściu do Unii i szerokim otwarciu granic ze wszystkich grup zawodowych najbardziej zyskali zawodnicy. Dawniej na transfer trzeba było pracować latami. Dziś nie jest problemem, żeby dostać propozycję z zagranicy, ale żeby wybrać tę odpowiednią. W byle jakiej lidze (Izrael, Turcja, Austria, Grecja) można teraz zarobić od 150 tysięcy do nawet 400 tysięcy euro netto rocznie. W Polsce takie sumy to gaże absolutnie gwiazdorskie i generalnie nieosiągalne. Dlatego prędzej czy później wyjeżdża każdy - dokądkolwiek.

Co decyduje o obecnej koniunkturze na polskich piłkarzy? Przecież każdy kibic powie, że zdrowy rozsądek nie jest tu kluczowy. Swoje robią menedżerowie. Choć w Polsce wciąż jest ich mało, a tych uczciwych, na poziomie i nie nastawionych na szybką, łatwą kasę bardzo niewielu, to zdołali ugruntować swoją pozycję na rynku. Nawiązali kontakty międzynarodowe, poznali najpierw języki, a potem ludzi. Bo tak naprawdę o transferach praktycznie nigdy nie decydują umiejętności piłkarza (to znaczy, że nie są kluczowe dla losów transakcji), ale koneksje. Jest wielu dobrych zawodników w słabych klubach i odwrotnie.

Transfer dochodzi do skutku, kiedy wystarczająca liczba osób może na nim zarobić wystarczające pieniądze. Naszym menedżerom udało się już zapracować na zaufanie kilku grubszych ryb tego biznesu. Jarosław Kołakowski stał się już na tyle mocny, że jest w stanie w lidze portugalskiej umieścić nawet Pawła Kieszka (on też sprzedał Kaźmierczaka do Porto). Coraz lepiej radzi sobie także Mariusz Piekarski, menedżer trochę z innej bajki na tle rodaków.

Generalnie jednak najważniejsze są chyba dysproporcje w zarobkach w Polsce i w krajach Unii Europejskiej. Nasi piłkarze - podobnie jak lekarze, hydraulicy czy zbieracze truskawek - są na rynku niesamowicie konkurencyjni. To trochę taka tania siła robocza, piłkarscy Chińczycy Europy. Wziąć ich można - z perspektywy strefy euro - za grosze (a raczej eurocenty). Dlatego coraz częściej kluby mając do wyboru dwóch zawodników na tę samą pozycję, wezmą Polaka - bo tańszy i niezbyt kapryśny.

To wszystko sprawia, że nasz kraj jest coraz bardziej oblegany przez wysłanników z całego świata. Jeszcze dziesięć lat temu przyjazd klubowego menedżera z zagranicy był wydarzeniem i donosiły o nim wszystkie gazety. Dziś na jednym spotkaniu ligowym siadają koło siebie przedstawiciele kilkunastu drużyn. To z kolei minimalizuje ryzyko, że nasi niedołężni trenerzy nie wypatrzą kogoś, bo zrobią to za nich niemieccy, włoscy czy angielscy skauci. W dodatku nasz rynek wydaje się mimo wszystko mało przebrany, w porównaniu choćby z Bałkanami. Koniunktura się nakręca...

Nie deprecjonując więc indywidualnych sukcesów Kaźmierczaka czy Malarza, trzeba stwierdzić, że nie tylko ich klasa sportowa miała wpływ na ostatnie transfery (choć na przykład Malarzowi trzeba przyznać, że solidnie na swój angaż zapracował). Zdecydował złożony system różnych zależności, skomplikowanych powiązań.Ale z drugiej strony, teraz to właśnie od tych Kaźmierczaków, Malarzy, Fabiańskich i Kuszczaków będzie zależało, czy moda na Polaków okaże się stałym pomysłem na sukces, czy też jedno sezonową fanaberią. Na dziś jesteśmy świadkami takiego mini-eksperymentu - czy polscy piłkarze nadają się do poważnej piłki.

A na koniec anegdotka. Kilkanaście lat temu Jacek Kacprzak, wieczny rezerwowy w Legii, zwierzył się kolegom: "Interesuje się mną Anderlecht Bruksela. Być może tam pójdę". Znany z ciętego języka Adam Fedoruk odparł: "To już wyjdź z domu, bo masz kawał drogi". Dziś, patrząc na to, co się wokół dzieje, pewnie nie zaryzykowałby takiego dowcipu...