Michał Wodziński: Ktoś po mistrzostwach świata w Niemczech powiedział, że...
Paweł Janas: O mistrzostwach nie rozmawiajmy. Nie chcę tego rozgrzebywać.

Chciałem tylko przytoczyć opinię głoszącą, że polskiej piłki nie stać, żeby Paweł Janas zbyt długo pozostawał bezrobotnym. Kiedy pan doszedł do takiego samego wniosku?
Nie mogłem podjąć decyzji, nie mając żadnych propozycji. Po mistrzostwach świata była cisza. Pojawiła się tylko jedna oferta, ale było za wcześnie. Nie byłem gotowy, żeby wrócić na ławkę trenerską, musiałem odpocząć.

Odseparował się pan od środowiska, nie udzielał wywiadów. Mówiło się, że jeśli podejmie pan pracę, to raczej poza Polską. Czy rzeczywiście miał pan propozycje z kraju arabskiego?
Miałem ofertę z Iranu. Nie przyjąłem jej z dwóch powodów: po pierwsze, była mało konkretna, a po drugie, chcę jeszcze trochę pożyć. Za żadne pieniądze nie pojechałbym tam pracować.

Prezes Klicki powiedział kiedyś, że nie będzie pan u niego trenerem, bo jesteście przyjaciółmi. Długo pana namawiał do objęcia funkcji dyrektora sportowego w Koronie?
Nie. Chciałem czymś się w końcu zająć. Do czasu propozycji z Korony żadnych konkretnych ofert nie dostawałem.

Zieliński nie ma dobrych wyników... Zastępuje go wówczas Paweł Janas?
Na pewno nie. Umówiłem się z Krzysiem Klickim, że jeśli coś - odpukać - nie pójdzie tak, jak należy, będziemy szukać innego szkoleniowca.

Nie ciągnie pana na ławkę trenerską?
Ofertę z dobrego klubu walczącego o wysokie cele, takie jak awans do Ligi Mistrzów, na pewno bym przyjął. Na razie nie ma jednak tematu, jestem w Kielcach i chcemy tu coś zbudować.

Miał pan propozycje pracy w Legii po wejściu ITI, czy to w roli trenera, czy dyrektora sportowego?
Nie miałem. Kiedyś jechałem z Amiki na losowanie, Legia poprosiła mnie, żebym ich reprezentował, bo nie mieli wysłannika. Ja się zgodziłem, a jak przyjeżdżałem do Warszawy, to dostawałem miejsce stojące na rogu trybuny...

Nie chciał pan ściągnąć do Korony Surmy i Włodarczyka?
Nie wszystko zależy ode mnie. Ściągam piłkarzy w porozumieniu z trenerem i właścicielem. Na razie skupiliśmy się na obrońcach i kilku pozycjach, które wymagały wzmocnienia.

Piotr Świerczewski mówi, że w lidze może jeszcze pograć, ale w pucharach europejskich zespołu nie pociągnie. Czy warto w ogóle inwestować w takich zawodników?
Piotrek podpisał z nami kontrakt na rok. Znam tego zawodnika od małego, pamiętam go z reprezentacji młodzieżowej, razem byliśmy na olimpiadzie, gdzie byłem drugim trenerem. Zdaję sobie sprawę, że we wszystkich meczach może tej drużyny nie pociągnąć, ale w Grodzisku był wyróżniającym się zawodnikiem. Pomógł temu zespołowi zdobyć Puchar Polski i Puchar Ekstraklasy.

Mówiło się również o zakupie Szamotulskiego i Ratajczyka. Byli za drodzy, czy też po pana przyjściu zmieniły się priorytety?
Ja z nimi nie prowadziłem żadnych rozmów.

W polskiej lidze popularny jest teraz kierunek południowoamerykański.
Mamy trzech Brazylijczyków i w zupełności nam to wystarczy. Niech pan spojrzy na Legię. Mieli Edsona i Rogera, wywalczyli mistrzostwo, a kiedy ściągnęli kolejnych trzech piłkarzy z Brazylii, przegrywali w lidze nawet ze słabeuszami. W klubach powinni grać młodzi polscy zawodnicy. Jeśli do zespołu trafia obcokrajowiec, powinien być o klasę od nich lepszy.

Sprzedajecie Krzysztofa Gajtkowskiego, który zawodził wiosną?
Ustaliliśmy, że z tej grupy, która z nami trenuje, nikt nie odejdzie. Doszedł Edi, Świerczewski, Celeban. Mieliśmy propozycję, żeby sprzedać Hernaniego, ale nie po to budujemy zespół, żeby od razu handlować najlepszymi zawodnikami.

Co się dzieje z Veselinem Djokoviciem? Zamierzacie rozwiązać kontrakt z jego winy?
Nikt nie ma z nim kontaktu. Nasza prawniczka wysyłała mu kilka razy listy polecone, ale za każdym razem dostawaliśmy zwrot. Nie odbiera telefonów, z nikim się w Polsce nie kontaktuje. Nie zamierzamy płacić zawodnikowi, który nie wypełnia swoich obowiązkw. Powinien się zgłosić i po męsku porozmawiać, nie zamierzamy za nim wysyłać agentów.

Przenosi się pan na stałe z Wronek do Kielc?
Tak, zamieszkam teraz w Kielcach. Jak znajdę czas, będę jeździł do domu, ale przynajmniej w początkowej fazie mojej pracy się na to nie zanosi.

Czy już wie pan, gdzie i na co będzie polował w Świętokrzyskiem?
To przesadzone opowieści, że nic nie robię, tylko biegam ze strzelbą po lesie. Polowałem głównie wtedy, gdy prowadziłem swoje drużyny. Wyjeżdżałem, żeby się zrelaksować, wyłączałem telefony, nie miałem radia. Teraz, mieszkając we Wronkach, mam puszczę kilkaset metrów od domu, a w tym roku polowałem tylko raz.

Od kiedy podjął pan pracę w Kielcach, dziennikarze nie mogą się pana nachwalić. Czy obowiązek poprawnych relacji z mediami został zapisany w kontrakcie?
Nie mam ani takiego zapisu, ani nawet kontraktu. Jestem w Koronie na podstawie zwykłej umowy o pracę. Nie zamierzam się w razie niepowodzenia spotykać z Klickim w sądzie. Jeśli coś nie wyjdzie, to odejdę i pozostaniemy przyjaciółmi. A z mediami zawsze miałem dobry kontakt, dopiero po mistrzostwach powstawały na mój temat różne opowieści.

Sam pan do tych mistrzostw wraca... Ustalił już pan źródła porażki?
Całą kadrę miałem tylko raz do swojej dyspozycji. Kiedy graliśmy z USA w Niemczech, to padał śnieg, a my zajmowaliśmy się kręceniem reklamówki. Później musiałem wysyłać powołania, nie wiedząc, jak ci piłkarze wyglądają. Powinny być trzy spotkania kontrolne na wiosnę, żebym mógł się dokładnie przyjrzeć tym piłkarzom. My organizowaliśmy na siłę takie mecze, jak z Litwą, Wyspami Owczymi, Emiratami. Potem kadrowicze byli na urlopach i nie wszyscy wrócili z nich w takiej dyspozycji, w jakiej byli wcześniej.

Czy to prawda, że przyczyn porażki z Ekwadorem upatruje pan w wizycie premiera Marcinkiewicza w szatni tuż przed meczem?
Niech pan sobie wyobrazi sytuację, że Marcinkiewicz prowadzi obrady rządu, a ja wchodzę z całą drużyną do Sejmu. Mamy kilka minut do wyjścia, pierwszy mecz na mistrzostwach świata, a tu wchodzi do szatni dziesięciu ochroniarzy, premier, minister. Nie mogłem do chłopaków nic powiedzieć, bo już trzeba było wychodzić na murawę. Nie chcę się w ten sposób tłumaczyć z porażki, ale wizyta premiera spowodowała rozproszenie koncentracji.

Jak pan z perspektywy czasu ocenia swoje decyzje o braku powołań do kadry dla Dudka, Kłosa i Frankowskiego?
Wraca pan znowu do tych mistrzostw... Myślę, że czas pokazał, w jakim miejscu są teraz ci zawodnicy. Gdybym po mistrzostwach dalej prowadził reprezentację i graliby na poziomie, na pewno bym ich powoływał. Nie chodzi o to, że ja kogoś nie lubiłem. Selekcjoner nie może odsunąć od kadry lepszych piłkarzy, a wziąć słabszych. Dudek powiedział ostatnio, że od dwóch lat nie grał w piłkę. I jak ja miałem go powołać? Frankowski również nie grał w klubie.

Rezygnacja z funkcji selekcjonera była pana suwerenną decyzją, czy też podjął ją pan pod naciskiem prezesa PZPN?
Po spotkaniu z Niemcami było wiadomo, że nie wyjdziemy z grupy. Rozmawiałem z zarządem i powiedziałem, żeby szukano nowego kandydata, bo skoro nie wykonałem planu minimum, to nie ma sensu, żebym dalej prowadził kadrę. Poproszono mnie, żebym tego nie ogłaszał, bo najpierw muszą znaleźć następcę. Skoro zacząłem te mistrzostwa, to chciałem je skończyć. Później przyjechałem do Warszawy i w cywilizowany sposób przekazałem kadrę Beenhakkerowi. Przypominam, że ja nie obejmowałem drużyny w ten sposób.

Nie żałuje pan, że przygoda z reprezentacją skończyła się tak nagle?
Byłem selekcjonerem przez dwie kadencje, podczas eliminacji do mistrzostw Europy i mistrzostw świata. Trener kadry wie, że jak nie ma wyników, to kończy pracę z drużyną.

Jak pan ocenia pracę Leo Beenhakkera na stanowisku selekcjonera? Mówi się, że polscy trenerzy dość zazdrośnie patrzą na działania Holendra.
Zazdrość i nienawiść to typowo polskie cechy. Beenhakkera bronią wyniki. Myślę, że reprezentacja będzie grała teraz dwa razy z rzędu w mistrzostwach Europy. Trzeba jeszcze dopilnować ciężkiej jesieni. Sam układałem kalendarz obecnych eliminacji do mistrzostw Europy na pół roku przed mundialem. Nie było łatwo, bo każdy chciał mieć jak najlepszy układ spotkań. Dobrze, że z Armenią i Azerbejdżanem graliśmy podczas jednego wyjazdu, chociaż zdarzają się i takie pojedyncze mecze jak w Kazachstanie.

Czy Beenhakker po objęciu kadry konsultował się z panem?
Dyskutowaliśmy dosyć długo, kiedy oficjalnie przekazywałem mu reprezentację. Spotkaliśmy się w Warszawie, później też rozmawialiśmy kilka razy.

A na temat Jerzego Dudka rozmawialiście? Chyba nie, bo nie obyło się bez wpadek w spotkaniach z Danią i Finlandią.
Nie poruszaliśmy tematu Dudka. Teraz pan mówi o wpadkach, a jak nie wziąłem go na mundial, to wszyscy pisali, że to największy błąd Janasa.

To jakie były przyczyny klęski? Jak pan to odbiera po kilkunastu miesiącach?
Kiedyś Zbyszek Boniek powiedział w Meksyku: zobaczymy, kiedy pojedziemy teraz na mistrzostwa świata. Okazało się, że pojechaliśmy dopiero po 16 latach, kiedy trenerem był Jerzy Engel. Awans do tego turnieju to też był sukces. Zawsze żałowałem, że nie graliśmy pierwszego meczu z Niemcami. Nawet w przypadku porażki, na pozostałe spotkania byłby zupełnie inny typ mobilizacji. Po tym, jak przegraliśmy z Ekwadorem, palił nam się grunt pod nogami. To nie tylko wina chłopaków, przyznaję, że nie potrafiłem ich odbudować na mecz z Niemcami.

Mówi się, że przed mundialem nie skonsultował pan swoich decyzji ze współpracownikami ze sztabu.
Rozmawialiśmy we Wronkach dobre cztery godziny. Wysłuchałem swoich współpracowników, ale trochę zmieniłem pewne ustalenia, bo miałem do tego prawo. Byłem szefem tej reprezentacji i ja odpowiadałem za tę decyzję. Nie mogłem dzwonić do piłkarzy i tłumaczyć im, dlaczego ich nie powołałem. PZPN miał umowę z Polsatem i gdybym przekazał tę informację wcześniej, umowa byłaby zerwana, a ja i związek zapłacilibyśmy kary. Jak mnie nie zabrano na mistrzostwa do Meksyku, to też nikt mi się z tej decyzji nie tłumaczył. Kolejną bzdurą jest to, że Dudek wysyłał mi jakieś SMS-y. Nie wiem, skąd się wzięła plotka, że dostałem od niego wiadomość: jak nie weźmiesz Rząsy, też nie jadę.

Oglądając mecz Polska - Portugalia, wierzył pan, że jego niedawni podopieczni potrafią tak grać?
My też graliśmy fajne mecze: z przyszłymi mistrzami świata Włochami w Warszawie, z Grecją, która za miesiąc zdobyła mistrzostwo Europy, z Serbią i Czarnogórą w Warszawie, potem z Serbią na turnieju w Kijowie.

Bohater meczu z Portugalią Grzegorz Bronowicki mówi, że Beenhakker to pierwszy trener, dzięki któremu kadrowicze, nawet ci grający w polskiej lidze, uwierzyli, że są w stanie wygrać z każdym.
A gdzie do niedawna grał Bronowicki? W Górniku Łęczna. Nie wiem, z kim pracował do tej pory, żeby wygłaszać takie teorie. Ja nie kazałem piłkarzom nikogo się bać, przecież w eliminacjach przegraliśmy dwa mecze z Anglią, a pozostałe wygraliśmy.

Reprezentacja to dla pana spalona ziemia, czy dopuszcza pan możliwość, że za 5-10 lat ponownie obejmie kadrę?
Raczej nie. Będę już za stary, żeby znowu pracować z drużyną narodową. Poza tym pamiętam tylko jeden powrót do reprezentacji - Antoniego Piechniczka.

A jak pan odbiera wojnę na górze i kurczowe trzymanie się pełnionych funkcji przez czołowych działaczy PZPN?
Był kurator, wyszedł, a polską piłką nadal rządzą ci sami ludzie. Śmieszą mnie i męczą ciągłe obietnice zwołania zjazdu PZPN. Nie interesowałem się do tej pory przetasowaniami we władzach, ale zacząłem, bo okazało się, że będę mieć mandat w najbliższych wyborach.

W 2012 r. będziemy organizatorami piłkarskich mistrzostw Europy. Nie boi się pan, że pierwszy raz w historii UEFA będzie musiała przenieść turniej gdzie indziej, bo nie zdążymy na czas z przygotowaniami?
Niech pan pomyśli, że każda reprezentacja, która wystąpi w tym turnieju, musi mieć do wyboru trzy ośrodki. W naszym kraju są na razie dwa, oba w Wielkopolsce. W Warszawie na odnowę na Warszawiance jedzie się z Sheratonu 45 minut. Tyle samo zajmuje droga z Wronek na stadion Lecha w Poznaniu. Jak widzę, że przez dwa miesiące nie zrobiliśmy kompletnie nic, a politycy dalej się przepychają, to zaczynam się bać.