Było lato 1997 roku. Pani Emelia Koranteng Adu była tego dnia jeszcze bardziej uśmiechnięta niż zawsze - wygrała loterię, w której nagrodą była wiza do Stanów Zjednoczonych. Miesiąc później mieszkała już w Waszyngtonie. Co najważniejsze - z synem.

Przesadą byłoby napisać, że gdyby nie ta loteria - a więc uśmiech fortuny, zupełny przypadek - o Adu nikt nigdy by nie usłyszał. Nieprawdą jest, że bez łutu szczęścia mały Freddy dziś zbierałby ziarna kakaowca albo hodował kozy, czyli robił to, co wielu rodaków. Świat piłki jest dziś tak penetrowany, że każdy talent - nawet w ghanijskim mieście Tama liczącym 200 tysięcy mieszkańców - zostanie wyłowiony.

Dlatego Freddy'ego znaleźli skauci Interu Mediolan, gdy chłopak miał 13 lat. Przecierali oczy, widząc, jak chłopczyk gra z mężczyznami trzykrotnie od siebie starszymi. Pytali kilka razy - na pewno trzynaście lat? Na pewno. Sprawdzili dokumenty - trzynaście. I nie mieli wątpliwości - oto czarna perła znad Wolty. Zaoferowali matce 750 tysięcy dolarów, byle tylko wysłała dzieciaka do Włoch. Ale odmówiła. Bała się? Nie wiedziała, o co chodzi? Nie mieściło się jej w głowie, że syn może być tyle wart? A może po prostu nie umiała liczyć? Jest też ostatnia możliwość - umiała liczyć lepiej, niż się Włochom wydawało...

Dziś Freddy to uosobienie amerykańskiego snu, kariery, jaka możliwa jest tylko w tym kraju. Mając 14 lat, podpisał kontrakty warte 1,5 miliona dolarów rocznie. Za chłopaka, który podobno umie kopać piłkę (bo nikt nie zdążył zweryfikować legend o jego talencie), firma Nike dała milion, a pół dorzucił klub. Tak, tak - 14-latek stał się najlepiej opłacanym zawodnikiem w historii ligi, zanim jeszcze wyszedł na boisko.

Można się było pukać w głowę, można było drwić, ale to jednak Amerykanie wiedzą, jak ze zdolnego chłopca stworzyć gwiazdę światowego formatu. I kiedy uznali, że mają przed sobą Michaela Jordana piłki nożnej, chuchali na niego i dmuchali. Przecież już od jedenastego roku życia uczył się sportu w prestiżowej IMG Academy - w tym samym miejscu oszlifowano tenisowe talenty Marii Szarapowej czy sióstr Williams. Potem trafił do DC United, gdzie prowadził go Piotr Nowak. Też wcześnie zaczynał, bo mając 15 lat związał się z Widzewem. Ale Polska to nie USA. Zamiast 1,5 miliona dolarów było kilka złotych na dojazdy na treningi i wynajem kawalerki. Po paru latach zamiast sportowego kabrioleta, mały fiat. Nowak nie dawał się ponieść emocjom i karierą Adu kierował rozważnie. Niektórzy twierdzili, że ją hamuje, nie wystawiając chłopaka we wszystkich meczach, ale polski szkoleniowiec mówił - "Freddy, choć ma wielki talent, to jednak ciągle jest dzieckiem. I trzeba naprawdę dużo cierpliwości, bo każdy talent, nawet największy, łatwo zmarnować".

Wielu jednak chciałoby rzucić Adu na głęboką wodę już teraz. Przecież na eksplozję tego talentu świat czeka już od czterech lat. W wieku 14 lat Freddy miał strzelić pierwszego gola dla reprezentacji USA - nie strzelił. Mając 15 lat - też nie. 16? Nie. Siedemnaście? Nie ma co wyliczać dalej - do dziś zagrał w pierwszej kadrze tylko raz i bramki nie zdobył. A przecież skoro jest takim fenomenem jak Pele, to już powinien podbijać świat. Nie ma co opowiadać o teorii małych kroków. Ten chłopiec już zarobił na futbolu ponad pięć milionów dolarów, a tymczasem kiedy kadra jedzie na mistrzostwa świata, on zostaje w domu i gra na komputerze.

"Wszystko prawda, ale pamiętajmy, że Diego Maradony też nie wzięto na mundial w 1978 roku. Pojechał cztery lata później i zrobił niewiele. I dopiero w 1986 roku podbił świat. Wobec Freddy’ego ludzie coraz częściej okazują zniecierpliwienie, ale nie możemy go za szybko spalić" - tłumaczył DZIENNIKOWI Nowak. Dlatego zamiast w mistrzostwach świata seniorów Adu po raz trzeci (rekord!) startuje w mundialu do lat 20. Na naszą zgubę.

Na koniec smutna informacja dla młodych polskich piłkarzy. Jeśli sądzicie, że z USA da się wygrać, kiedy Adu już przejdzie do seniorów i zamieni Real Salt Lake na Real Madryt, możecie się srogo rozczarować. On ma brata.