W sondzie, jaką przeprowadził serwis internetowy dziennik.pl, najważniejsi ludzie z PZPN dają wreszcie upust długo skrywanej niechęci do byłego już ministra sportu i bez żenady go krytykują. Mało tego! W żywe oczy kpią sobie z danych wcześniej obietnic i bez ogródek mówią, że nie widzą już powodu, by rezygnować z dobrze opłacanych posadek.

Według działaczy nowy minister sportu powinien trzymać się od związku jak najdalej. Dlaczego? Bo sami poradzą sobie w naprawą polskiej piłki? "Najważniejsze, żeby miał więcej kultury" - przekonuje rzecznik prasowy PZPN Zbigniew Koźmiński. Dla ludzi, którzy przez lata tolerowali korupcję w polskim futbolu, nowy minister sportu w ogóle nie powinien mieszać się w sprawy PZPN, a już szczególnie interesować się finansami związku. "PZPN posiada olbrzymi kapitał, obraca wielkimi kwotami i dokłada do każdej większej imprezy" - mówi Jerzy Engel, który znowu czuje się jak ryba w wodzie, bo może spokojnie za plecami Listkiewicza budować swoją pozycję na rynku menedżerów piłkarskich.

Jako szef wyszkolenia PZPN ma pod sobą wszystkie reprezentacje, a to potężny kapitał. Nieważne, że działacze z Miodowej odwlekają termin wyborów najdalej jak można. W końcu będą musieli jednak zwołać zjazd i przeprowadzić wybory. A "Listek" już nie mówi, że nie będzie się ubiegał o reelekcję. Wręcz przeciwnie - częściej przebąkuje, że chciałby na tym stanowisku doczekać do mistrzostw Europy w 2012 roku.

"Gdyby nie zarząd PZPN, to nie mielibyśmy Euro 2012. Tylko dzięki nam polska gospodarka ruszy teraz do przodu" - twierdzi były selekcjoner polskiej reprezentacji. "Cieszę się, że nie poszliśmy pokornie jak baranki pod nóż" nie kryje satysfakcji Grzegorz Lato.

Były senator SLD, teraz żyjący z pensji działacza PZPN, ma prywatnie żal do byłego ministra sportu za to, że... nie zabrał go z polską delegacją do Cardiff na uroczystość wyboru gospodarza Euro 2012. "Byłem w szoku, kiedy dowiedziałem się, że nie jadę do Walii" - wścieka się Lato

"Wymuszano na nas terminy wyborów, mieszano się do treści nowego statutu. To nie była właściwa droga" - przekonuje szef Śląskiego Związku Piłki Nożnej Rudolf Bugdoł.

Teraz on i inni lokalni kacykowie po cichu pacyfikują opozycję i odtwarzają dawne układy. Jedyne, co leśnym dziadkom spędza sen z powiek, to działania wrocławskiej prokuratury - donosi "Fakt".