Jerzy Brzęczek z Polski wyjechał 12 lat temu, jako zawodnik GKS Katowice. Teraz, w wieku 36 lat, po rozegraniu ponad 350 meczów w barwach kilku klubów z Austrii i i Izraela, wrócił na Śląsk - do Górnika Zabrze. Innym weteranem austriackich boisk, który zdecydował się na powrót do ojczyzny jest Radosław Gilewicz. On jednak zaskoczył wszystkich wybierając grę w drugiej lidze, w Polonii Warszawa.

W barwach Jagiellonii Bialystok od początku tego sezonu możemy oglądać Radosława Kałużnego - wielokrotnego reprezentanta Polski, który przez kilka lat z powodzeniem występował w Bundeslidze, a z upływem czasu, ze znacznie już mniejszymi sukcesami w niższych ligach niemieckich i na Cyprze.

"Nie ma co ukrywać, że się starzejemy" - mówi DZIENNIKOWI Gilewicz. "Dlatego po 14 latach tułaczki po świecie zdecydowałem się grać w kraju. Już najwyższy czas osiąść gdzieś na dłużej i zacząć się przygotowywać do życia bez piłki. Dlatego, gdy pojawiła się oferta gry w Polonii, gdzie oprócz obowiązków zawodnika, zostałem menedżerem, nie wahałem się" - dodaje.

Nieco inaczej ma się sprawa w przypadku Andrzeja Niedzielana i Kamila Kosowskiego. Nie przekroczyli jeszcze 30. roku życia, więc trudno ich nazwać weteranami. Obaj podobnie, nie radzili sobie na Zachodzie. Kosowski nie miał pewnego miejsca w spadkowiczu z włoskiej Serie A - Chievo Weronie. Niedzielan, dla którego NEC Nijmegen miało być tylko przystankiem w drodze do liczących się w świecie klubów, nie mógł wydostać się z holenderskiej prowincji i popadł w marazm. Dla obu powrót do Polski jest chyba ostatnią okazją, by spróbować wsiąść do pociągu z napisem: ?kariera?.

"Nie chciałem w Holandii siedzieć na trybunach, albo grać w drugim zespole. Mam 28 lat i chcę cały czas podnosić swój poziom, rozwijać się" - mówi Niedzielan. "Dlatego zdecydowałem się przyjechać do Polski. Kolejny rok w Nijmegen byłby po prostu stracony. Z Wisłą mam szansę wreszcie powalczyć o mistrzostwo, a także jak będę dobrze grał, to i o reprezentację" - tłumaczy.

Kosowski po pierwszym ligowym meczu z Zagłębiem Lubin już wpadł w oko selekcjonerowi Leo Beenhakkerowi, który podobno poważnie zastanawia się nad powołaniem skrzydłowego do kadry. Wśród piłkarzy wracających do ekstraklasy krążą różne opinie na temat zmian, jakie zaszły podczas ich nieobecności w kraju. "Szczerze mówiąc, pod względem organizacyjnym niewiele się zmieniło przez te 14 lat. Oczywiście, jakaś poprawa jest, inwestuje się coraz więcej w infrastrukturę, ale Europę gonimy w żółwim tempie" - dzieli się spostrzeżeniami Gilewicz.

"A co do poziomu piłkarskiego, to muszę przyznać, że lekceważona w Polsce liga austriacka jest znacznie od naszej silniejsza. Widać to po europejskich pucharach. Występ naszych drużyn w tych rozgrywkach to zgroza" - mówi Gilewicz.

Ale Niedzielan się z nim nie zgadza. "Wszystko idzie do przodu i w dobrym kierunku. Przede wszystkim na większości stadionów są nowe, naprawdę świetne murawy. Granie na takich to czysta przyjemność. Podniósł się też poziom sportowy. Gdy wyjeżdżałem niemal cztery lata temu liczyły się tylko dwa zespoły - Legia i Wisła. Dziś tytułu broni Zagłębie Lubin, a jeszcze są przecież Bełchatów, Lech i Korona" tłumaczy w rozmowie z DZIENNIKIEM. Gilewicz przyznaje, że coś drgnęło w dobrym kierunku: "Dużo więcej się pisze i mówi o futbolu w mediach. Także więcej kibiców przychodzi na stadiony" - mówi.

Gdy Gilewicz, Kałużny i Brzęczek znajdowali zatrudnienie w polskiej lidze, nie brakowało głosów krytycznych, że emeryci będą zabierać miejsca w składzie młodzieży. Gilewicz nie zgadza się z takim postawieniem sprawy. "Weterani są bardzo potrzebni" - mówi piłkarz. "Chociażby po to, by młodzież miała się od kogo uczyć, kogo podglądać na treningach. Zresztą wystarczy popatrzeć na takich piłkarzy, jak Piotrek Reiss, czy Świerczewski. Są nie tylko wzorem dla młodych zawodników, ale prawdziwymi gwiazdami ligi" - dodaje Gilewicz.