Dla większości ludzi z Polski Śląsk zaczyna się tam, gdzie nawarstwiają się kominy. Ale to jest Zagłębie Dąbrowskie. Dopiero gdy miniemy małą rzekę Brynicę, znajdziemy sie w regionie, który przez lata był stolicą polskiej piłki. Tutejsze kluby 38 razy zdobywały mistrzostwo Polski, bywały okresy, gdy przez dziesięć lat nikt spoza Śląska nie mógł sięgnąć po najwyższe ligowe trofeum.

Na wielkie derby Górnego Śląska między Górnikiem Zabrze i Ruchem Chorzów przychodziło i po 100 tysięcy ludzi. Ostatnim okresem świetności tutejszego futbolu była druga połowa lat osiemdziesiątych, gdy najpierw czterokrotnie Górnik Zabrze, a na koniec Ruch Chorzów, wygrywały ligę. Nagle, w 1989 roku wszystko się skończyło. Padł komunizm a wraz z nim kopalnie, huty i śląska piłka. Stadiony pierwszoligowych kiedyś drużyn Polonii czy Szombierek Bytom dzisiaj nie
nadają sie do gry.

"Okres po 1990 roku był dla nas trudny do przetrzymania, nawet upokarzający. Nauczyliśmy się, że Górnik, Ruch, Polonia czy Szombierki to potężne kluby, mistrzowie Polski. Śląsk dominował, a tu nagle wyskakuje Wisła, która rywalizuje o mistrzostwo z Legią" - mówi Stanisław Oślizło, legenda Górnika Zabrze. Rozkwit jego kariery to wielkie lata Górnika, które przyniosły drużynie z Zabrza finał Pucharu Zdobywców Pucharów. Żadna polska drużyna, ani wcześniej ani później nie osiągnęła tak dużo. W latach największej świetności polskiej piłki, to właśnie piłkarze ze Śląska stanowili o jej sile.

Ten fenomen tłumaczy wybitny historyk futbolu, Andrzej Gowarzewski. "Piłka nożna w całej swojej istocie jest sportem wielkomiejskim. W Polsce chcemy rozwijać piłkę w ośrodkach wiejskich, ale tam nigdy nie powstanie struktura piłkarska. Futbol, żeby się rozwijał, potrzebuje zainteresowania stałego, nie tylko od święta. Piłka musi być wpisana w kod kulturowy społeczeństwa" - mówi Gowarzewski. "Śląsk miał tradycję. Piłka od zawsze, rozpoczynając od jej powstania w Anglii, była związana z tradycjami przemysłowymi. Gdy w czasach międzywojennych futbol zaczynał raczkować, tu znalazł najlepsze warunki: środowiska skupione, stosunkowo bogate, wykształcone. Bo na Śląsku ludzie zawsze byli wykształceni lepiej niż w innych regionach. Gdy w Wielkopolsce i na Mazowszu odsetek analfabetów przekraczał 30 procent, na Śląsku wynosił zaledwie 1,5 procenta. Nie chodziło tylko o to żeby górnik umiał uderzyć kilofem. Ważne też było gdzie i jak ma uderzyć" - dodaje.

W czasie ostatniego spisu ludności, który odbył się w Polsce w 2002 roku, niemal 200 tysięcy osób w rubryce narodowość wpisała "śląska". Było to coś pomiędzy happeningiem, a szczerym wyznaniem. Państwo Polskie nie uznaje narodowości śląskiej. Jednym z argumentów przeciw jest brak odrębnego języka. Wedle polskich standardów, to co Ślązacy nazywają własnym językiem jest tylko gwarą. Gowarzewski wyciąga gazetę - "Proszę popatrzeć - <Biblioteka Kongresu USA włączyła język śląski do wykazu języków świata>". "W dawnych czasach, gdy w kadrze grali sami Ślązacy i jeden Gmoch, robiliśmy sobie z niego żarty. Godoliśmy po śląsku i Jacek kompletnie nie wiedział o co chodzi" - wspomina Jan Banaś, legenda Polonii Bytom i Górnika Zabrze.

"Powoli, chociaż wciąż jeszcze z przymrużeniem oka, Ślązacy zaczynają patrzeć na siebie jak na naród" - mówi Wojciech Kuczok, pisarz, zdobywca "Paszportu Polityki" i nagrody literackiej Nike, zagorzały kibic Ruchu Chorzów. "Mamy tutaj zupełnie inną mentalność. Typowy Ślązak jest nieuleczalnie naiwny i wierzy w ludzi. Nie chce dopuszczać do siebie myśli, że ktoś może cały czas przeciwko niemu kombinować, albo robić mu na złość. Dostaje za to całe życie po tyłku. To ta słynna dupowatość śląska, o której mówi reżyser teatralny Kazimierz Kutz" - opowiada Kuczok.

"Ale to ludzie przede wszystkim niesamowicie uczciwi i prawi. Z tej prostoty wynikał sposób gry śląskich piłkarzy, inny niż gdziekolwiek w Polsce. Najlepszym przykładem jest mój Ruch, który zawsze miał w składzie wychowanków, Ślązaków. Dlatego gra Ruchu pozbawiona była technicznych fajerwerków. Była prosta i szybka" - dodaje pisarz. Styl śląskich klubów wziął się właśnie z prostoty, warunków, w jakich przyszło żyć. "Bieda łączyła większość chłopaków. Pamiętacie Jasia Gomolę? Wychował się w rodzinie niemal patologicznej. Z nas wszystkich chyba tylko Hubert Kostka w czasie kariery piłkarskiej był na studiach dziennych na Politechnice Śląskiej, reszta to proste chłopaki. Śląsk to ludzie pracujący w trudnych zawodach. Wstawali codziennie o 4, żeby zjechać do kopalni, stanąć przy
piecu w hucie, gdzie temperatura jest trudna do zniesienia dla normalnego człowieka. Praca na Śląsku zawsze była bardzo ciężka. Z tego rodził się ich sukces zawodowy, a za tym szedł sukces sportowy" - ocenia Stanisław Oślizło, siedmiokrotny mistrz Polski.

"Nikt z nas też tej pracy się nie bał i wykonywaliśmy ją również na boisku. Niemal każdy z nas kiedyś zjechał pod ziemią w kopalni. Ja też przez miesiąc musiałem co dzień meldować się na dole. Nie wykonywałem typowej pracy górniczej, tylko pomiary, ale widziałem, co to znaczy pracować pod ziemią. Futbol był dla nas wybawieniem, bo dzięki niemu nie musieliśmy dzielić ciężkiego losu górników. Dlatego tak bardzo szanowaliśmy to, co robiliśmy" - dodaje. Takim piłkarzem, ukształtowanym przez biedę, był chociażby Banaś. "Matka podczas wojny związana była z Niemcem" - opowiada 37-krotny reprezentant Polski. "Pół roku po tym jak się urodziłem, wróciłem z mamą do kraju, bo ojciec zniknął. Odnalazł się dopiero po 23 latach, gdy zobaczył mnie w telewizji i postanowił się do mnie przyznać, zostać moim menedżerem i zarobić na mnie pieniądze. Do tego czasu ledwo wiązaliśmy koniec końcem. Nie było co robić. Całe popołudnia spędzałem na grze w piłkę z kolegami. Graliśmy czymkolwiek. Zwykłą szmacianką, piłką do tenisa, zośką. A jak zostawałem sam, to uderzałem piłką w mur. Tak się rodzili piłkarze na Śląsku" - opowiada DZIENNIKOWI Banaś.

"Ostatnio czytałem w jakiejś gazecie o wielkim klasyku polskiej ekstraklasy: Zagłębie Lubin - Legia Warszawa. Aż za głowę się złapałem. Panowie, to jakaś kompletna głupota" - irytuje się Gowarzewski. Podczas ostatniego meczu na stadionie w Lubinie na trybunach było osiem tysięcy widzów. A Śląsk pamięta wielkie derby, jak mecz Górnika z Ruchem Chorzów, kiedy w czerwcu 1968 na trybunach Stadionu Śląskiego zasiadło 100 tysięcy widzów. W Chorzowie na mecze przychodziło regularnie 40 tysięcy kibiców, w Zabrzu bywało i po 70 tysięcy. Trochę mniej na innych śląskich stadionach podczas lokalnych derby.

"Spotkania derbowe to było przekraczanie pewnej niewidzialnej bariery. To były najwspanialasze mecze jakie widziała Polska" - wspomina Oślizło. Zagłębie Lubin, GKS Bełchatów... te zespoły nikogo tu nie interesują. "Potyczki Ruchu z Chorzowem, to zawsze były najważniejsze mecze w kraju. Tylko przez dwa sezony, w latach 50-tych i pod koniec lat 60-tych, Legia była rzeczywiście najsilniejsza w Polsce. Poza tym od początku lat 50-tych mistrzostwo zdobywały głównie kluby śląskie" -przypomina Gowarzewski.

Śląscy kibice krążyli od stadionu do stadionu. W sobotę oglądali Ruch i Polonię, w niedzielę Górnika czy GKS. "Na Śląsku był zwyczaj, że chodziło się na kilka meczów podczas jednego weekendu" - opowiada Kuczok. "Pamiętam jak cały sektor szalikowców Ruchu ruszał na Stadion Śląski, gdzie Gieksa grała z Górnikiem. Przychodzili zajmowali miejsca, oczywiście krzyczeli, że nienawidzą i tych i tych, ale chcieli po prostu obejrzeć dobry mecz" - dodaje. We wszystkich śląskich klubach istniała tradycja wpuszczania na mecze za darmo każdego, kto mieścił się pod poprzeczką zawieszoną na wysokości 150 cm. Dzięki temu miłością do futbolu zarażano dzieci. Kuczok po raz pierwszy na mecz Ruchu poszedł, bo na drugą połowę wpuszczano za darmo.

"Najbardziej śląskim zespołem jaki pamiętam był Ruch Radzionków. To, co się działo na ich maleńskim stadionie, przypominało sceny z opowieści moich starszych znajomych i rodziny. Na trybunach górnicy prosto z szychty, popijający krupniok i piwko. Dziś przez krzesełka, monitoring i karty chipowe nie ma już tego klimatu. Chociaż i tak stadion w Chorzowie stanowi dla mnie miejsce, gdzie sycę się śląską gwarą. Uważnie słucham o czym rozmawiają ludzie na trybunach. Nawet, gdy te kilka tysięcy gardeł krzyczy <Ruch>, robi to po ślasku, tak z umlautem" - śmieje się Kuczok.

Warszawa. To słowo niemal zakazane, które wprawia Ślązaków w irytację. Próba obrony dobrego imienia stolicy nie ma tu sensu. To synonim krzywd i ucisku. "Ja jeździłem z narzeczoną i odbudowywaliśmy Warszawę, pomagaliśmy w odgruzowywaniu. Powinien iść za tym szacunek, ale o nas zapomniano. A teraz
jesteśmy jakimiś gorszymi ludźmi, bo nie potrafimy się dobrze wysłowić" - rozkłada bezradnie ręce Oślizło.

"Śląsk na początku wieku miał równe ulice, wielki przemysł. Reszta Polski nie miała nic. Dlatego to właśnie Śląsk stał się dla stolicy kolonią, którą można było wydoić, nic w zamian nie oferując. Na Śląsku ludzie przez 600 lat przechowali język polski. Chcieli być szanowani i traktowani jak Polacy, a nie jakieś <farbowane Niemiaszki>. Ale gdy Polacy zastąpili na Śląsku Niemców, te nadzieje okazały się płonne, Ślązacy znowu dostali po tyłku" - dodaje Gowarzewski.

Mecze z Legią Warszawa urosły tu do rangi wojny polsko-śląskiej. "Spotkania Ruchu z Górnikem zawsze niosły pozytywne emocje, to byli wielcy szanujący się rywale. Zaś mecze z Legią zawsze wywoływały agresję" - opowiada Kuczok. "Legia zawsze utożsamiana była z władzą. Dla nas, piłkarzy, to była straszna mobilizacja. W Legii grali wielcy zawodnicy: Gadocha, Deyna, czy warszawiak ze Śląska, Lucjan Brychczy" - przypomina Oślizło. "Sędziowie zawsze im pomagali. To się dało wyczuć, wszystkie sporne sprawy rozstrzygane były na korzyść warszawian. Rzuty wolne dla Górnika dyktowane były tylko w naprawdę ewidentnych sytuacjach" - dodaje.

"Mit, który jest cały czas powtarzany, zaczyna żyć własnym życiem" - mówi Kuczok. "Ślązacy czują się bardzo pokrzywdzeni przez Warszawę. Ale nie da się ukryć, że nawet starając się zachować obiektywizm nie można się takiemu wrażeniu oprzeć. Nawet w ostatnich kilku miesiącach my Ślązacy zostaliśmy dwa razy okrutnie spoliczkowani. Pierwszy raz, gdy okazało się, że jedyny stadion w Polsce nadający się do organizacji Euro 2012 nie będzie areną mistrzostw. Mówię oczywiście o Stadionie Narodowym w Chorzowie, który istnieje i jest realny, w przeciwieństwie do wirtualnych stadionów, które są z dnia na dzień coraz bardziej niepewne. No i drugim potężnym policzkiem było nieprzyznanie Ruchowi licencji na grę w pierwszej lidze. Ruch był jedynym drugoligowcem, któremu ta licencja się po prostu należała. Od razu powstała spiskowa teoria, że jest to kara za śląską solidarność. Za to, że Ruch pozwolił Polonii Bytom grać na Cichej, by ta mogła dostać licencję.
Ludzie składający dokumenty w obu przypadkach wyszli z założenia, że nie trzeba udowadniać, że wieża Eiffela stoi w Paryżu, bo to każdy wie" - autor "Gnoju" jest potirytowany sposobem, w jaki w Polsce centralnej mówi się o Stadionie Śląskim.

"Reprezentacja Polski, która nie chce grać na Śląsku, w Chorzowie, bo trybuny są za daleko, bo kibice używają trąbek... To jest syndrom <warszawki>, która nie chce jechać na prowincję. Oni mają gdzieś historie i tradycje <Kotła Czarownic>. Dla reprezentantów Polski gra na Śląskim jest siarą. Dla nich Śląsk jest czarną, zapomnianą przez Boga dziurą" - mówi DZIENNIKOWI Kuczok.

Antywarszawskość osiągnęła apogeum w 1994 roku, gdy w Warszawie Legia zremisowała z Górnikiem Zabrze i zdobyła mistrzostwo Polski. Trzej zawodnicy Górnika zostali wyrzuceni z boiska. Nasi rozmówcy nie mają wątpliwości: To przekręt wszechczasów. Sędzia Sławomir Rędziński po tym meczu zakończył karierę. Legioniści nie widzieli w tym żadnego przekrętu, bo po pierwsze: Marek Szemoński z Górnika zdobył nieprawidłową, a jednak uznaną bramkę, a po drugie zabrzanie grali bardzo brutalnie. "To był skandal. Nigdy wcześniej, ani później czegoś takiego nie widziałem" - twierdzi Oślizło. "Ten sędzia postanowił wykartkować Górnika, który był zdecydowanie lepszy od Legii. Dopiero po tych trzech wykuczeniach warszawianie potrafili strzelić bramkę. Żeby było jeszcze ciekawiej formalnie rzecz biorąc ten mecz nigdy nie został oficjalnie zakończony. Już w doliczonym czasie gry arbiter odgwizdał jakieś przewinienie, kibice Legii przekonani, że to gwizdek kończący spotkanie momentalnie wtargnli na murawę" - dodaje.

Symboliczne w historii "kręcenia" śląskich klubów przez futbolową centralę były losy małego klubiku, Naprzodu Lipiny. "To były klub, w którym grał m.in Antoni Piechniczek. Prawdziwa kopalnia talentów, samorodków. Lipiny przez Prusaków zostały stworzone jako przemysłowa osada, kolonia karna. Więźniom darowywano wieloletnie kary, jeśli zgadzali się iść pracować do Lipin, w hucie szka czy ołowiu. Tam gdzie nikt inny pracować nie chciał. I tam wegetowali, a ich dzieci grały
całymi dniami w piłkę, bo to była jedyna rozrywka. W latach 50-tych czy 60-tych baraże o I ligę przegrywali z Gwardią Warszawa czy Arkonią Szczecin, klubami milicyjnymi. Przy okazji tych meczów były największe burdy w krajów, zjawisko nawet na skalę światową. Bo przekręty jakie tam robiono, nie miały odpowiednika w skali światowej. Jak grała Arkonia to przyjechało 5 tysięcy milicjantów, mimo to zadymy na trybunach i tak były. Poważne" - opowiada Gowarzewski.

Lokalnym ucieleśnieniem "warszawki" jest dla Ślązaków sąsiadujący z Katowicami Sosnowiec. Tutejszy Stadion Ludowy został zbudowany po śląskiej stronie rzeki Brynica, ale granicę przesunięto administracyjnie. "Głupi Ślązacy zbudowali stadion w czynie społecznym, a później oddano go Zagłębiakom. Bo widział kto kiedyś, żeby Zagłębiak pracował społecznie" - żartuje Gowarzewski. Władze próbowały rozładować napięcie między tymi dwoma grupami. Przecież na meczach AKS Chorzów z RKU Sosnowiec, protoplastą Zagłębia, zdarzały się ofiary śmiertelne. "Graliśmy w Sosnowcu akurat wtedy, gdy na ekrany kin weszli <Krzyżacy>. W
szatni każdy z nas w swojej przegródce na ubrania znalazł kawałek gazety z reklamą filmu. A ja nawet po niemiecku nie rozumiem" - uśmiecha się Oślizło.

"Sosnowiec mentalnie jest tak odległy od Śląska jak Warszawa. Tam jest zupełnie inaczej niż na Śląsku. Ludzie nie <godoją>, tylko normalnie mówią" - dodaje Kuczok. "A to, że reszta Polski traktuje Sosnowiec jako Śląsk, jest tylko wynikiem ignorancji" - twierdzi.

Pod koniec lat 80-tych śląscy działacze piłkarscy byli niemalże wszechmogący. Jan Furtok wspominał jak Górnik Zabrze chciał go wyciągnąć z GKS Katowice. "Górnik mnie kusił. Gdy Marian Dziurowicz się o tym dowiedział, przyjechali po mnie z Katowic i zabrali do prezesa. <Ty ch...> zaczął Dziurowicz. <Dlaczego mi to robisz> Przecież ja ci wszystko dam, dom ci tam koło ronda wybuduje, tylko nie odchodź". Powiedziałem - "Panie prezesie, ale tam przecież ronda nie ma". Na to Dziurowicz - "Rondo też ci wybuduje" - wspomina Furtok.

Powrót wielkiego napastnika do Katowic zszedł się w czasie z odrodzeniem futbolu na Śląsku, który po latach upokorzeń wraca na salony. Dzisiaj już nie tylko kopalnie, a po prostu wielki biznes wszedł z impetem w ten region Polski. Efekt? Cztery śląskie kluby w ekstraklasie, cztery w II lidze. Furtok jest ostrożnym optymistą. "W śląskiej piłce zaczynają się pojawiać pieniądze, czego przez ostatnie lata nie było" - opowiada legenda Katowic. "Wszystkie kluby mają sponsorów,
zgłaszają się coraz to nowe firmy. Wraca moda na piłkę na Śląsku. To widać chociażby po frekwencji. Ruch ma sponsora, Górnik ma sponsora, my jesteśmy
na dobrej drodze. Wszystkie te kluby mają tradycje i wyraźnie rośnie zainteresowanie" - dodaje.

W przyszłym tygodniu w Zabrzu Górnik spotka się z Ruchem. Wrócą stare wspomnienia, odżyją nadzieje. Śląskie kluby mają pieniądze, o których jeszcze niedawno mogły pomarzyć. Roczny budżet Górnika to 14 milionów złotych, Ruch ma 8 milionów, Katowice mają mieć niewiele mniej. W Polonii Bytom jest biednie ale gospodarnie, podobnie w Odrze Wodzisław czy Jastrzębiu. "Zmienia się. Jakbyście przyjechali panowie rok temu, to zobaczylibyście, że stadion Górnika przez 20 lat farby w niektórych miejscach nie widział. A dzisiaj chłopcy mogą spać spokojnie" - mówi DZIENNIKOWI Banaś.