Panie trenerze, pan jest ciągle uśmiechnięty. To kompletna rzadkość w polskiej piłce, a już w Legii - absolutny wyjątek.
A co, mam się cieszyć dopiero, jak zdobędziemy mistrzostwo? Wtedy dziesięć dni uśmiechu, a potem znowu zmartwienia - bo się trzeba do Ligi Mistrzów dostać? Panowie, trzeba żyć, trzeba się cieszyć każdym dniem, cokolwiek się dzieje. W Polsce ludzie są smutni, moi piłkarze, jak jedzą śniadanie, to szepczą, jakby mieli sekrety. Żadnych żartów, śmiechów... Ostatnio w hotelu, w którym spaliśmy przed meczem, było wesele. Wiecie, jaka piosenka leciała? Anna Maria smutną ma twarz. Mój asystent, Hiszpan, zapytał, czy my w Polsce mamy taki zwyczaj, żeby pogrzeby w hotelach organizować. Ja mu na to mówię: "Chłopie, to jest wesele". Nie mógł się nadziwić. A tak w ogóle, z czego mam się smucić? Jest sympatycznie, wygrywamy mecze... Poza tym tu nie ma żadnej presji. Serio. Zupełnie nikt się nie interesuje piłką. Ja czy moi piłkarze jesteśmy ludźmi całkowicie anonimowymi.

Nie przesadza pan trochę?
Przesadzam? Sprawozdania z meczów to takie bździny, istnieje jedna tylko codzienna gazeta sportowa - ze dwie kartki objętości. Można chodzić godzinami ulicą i nikt cię nie pozna. Jest zupełnie inaczej niż w Hiszpanii. A i piłka mniej radości ludziom przynosi. Piłkarzy traktuje się nie jako lokalnych bohaterów, ale darmozjadów.

A może to są darmozjady?
Grają tak, jak potrafią, doszli ciężką pracą do miejsca, w którym się znaleźli. Myślę, że to podejście wynika trochę z tego, że mało jest w Polsce takich normalnych, zwykłych kibiców. Są głównie absolutni fanatycy, a brakuje ludzi, którzy wieczorem się spotkają i stwierdzą: "Panowie, ładna pogoda, to może na mecz skoczymy?". Ale nasza infrastruktura, stadiony, poziom bezpieczeństwa - to wszystko ludzi nie przyciąga. Mówiąc szczerze, od czasów gdy grałem w tej lidze, nic się nie zmieniło.
Ale poziom piłkarzy się zmienił. Po pierwszym treningu nie złapał się pan za głowę? Nie pomyślał, że kiedyś ci zawodnicy nie mieliby prawa grać w Legii?
Są zawodnicy, którzy mają bardzo wysokie umiejętności, ale są i tacy, którzy kiedyś nie tylko nie mogliby grać w Legii, ale nawet w Zagłębiu Sosnowiec.

Ci pana ulubieńcy to Roger i Edson.
To piłkarze świetnie wyszkoleni technicznie. Jeśli ich myśli skupiają się na meczu, jeśli chcą dać wszystko dla zespołu, to są bardzo pożyteczni.

Na drugim biegunie mamy Piotra Bronowickiego.
Bronowicki to pozytywna postać - ile ma, tyle da. Nigdy więcej, ale nigdy mniej. Zawsze wiadomo, czego można od niego oczekiwać. I tacy piłkarze też są potrzebni. Na Zachodzie gra mnóstwo zawodników, którzy nie mają wielkich umiejętności indywidualnych, ale zaangażowaniem, wybieganiem, walką dają zespołowi bardzo dużo. Bo tak naprawdę piłkarze są albo bardzo dobrzy technicznie, albo bardzo waleczni. Ci, którzy od młodości musieli swoje braki nadrabiać zaangażowaniem, nigdy nie odpuszczają. I są w każdej drużynie niezbędni, bo ciągną za sobą innych. Nie będziemy teraz uczyć Bronowickiego techniki, bo na pewne rzeczy jest za późno. To jak z nauką języka obcego - jak go nie liźniesz w młodości, to po czterdziestce łatwo do głowy nie wejdzie... Ale mimo to potrzeba takich ludzi.

Problemem nie jest mentalność naszych zawodników?
Niektórzy nie zdają sobie sprawy, jak szybko czas leci. Jednego dnia wchodzisz do drużyny jako junior, następnego już musisz kończyć karierę. Te dziesięć czy dwanaście lat to moment. Ale ten moment wystarczy, żeby ustawić się na całe życie. Piłkarze nawet w średnich europejskich klubach zarabiają miliony. Trzeba się tylko skupić, poświęcić. Oczywiście, jak ma się dwadzieścia pięć lat, dużo pieniędzy, dobry samochód, to trzeba też poużywać życia. Wy byście nie poużywali? Ale chodzi o charakter - o to, by wiedzieć kiedy, z kim, gdzie i za jaką cenę. Że jeśli po meczu się bawiłeś, to następnego dnia daj z siebie wszystko na treningu. Myślę, że w Polsce zawodnikom trochę brakuje luzu.

Bo dobry piłkarz umie też się dobrze bawić? Kiedyś też było hasło: "dobry piłkarz pije".
Jeśli chodzi o sam alkohol, to na Zachodzie nie pije się mniej. Pije się inaczej. W Hiszpanii po każdym meczu szliśmy na kolację z żonami, trenerami. Potem w miasto na kilka drinków. Nie wracało się do domu przed piątą rano. Jeśli jesteś piłkarzem, to sobota czy niedziela to są twoje dni. I nikomu to nie przeszkadza, bo zawodnik pierwszoligowy w Hiszpanii jest taką gwiazdą jak torreador czy aktor. Kiedy ci piłkarze mają się pobawić, jeśli nie po meczu? Ludzie to rozumieją. A weźmy taką Anglię - przecież tam co tydzień słychać, że któryś piłkarz awanturował się w pubie albo jechał po pijanemu. A jednocześnie jest to liga, którą najbardziej lubicie oglądać. Bo jest tam mnóstwo walki, olbrzymie tempo. Żeby tam grać, trzeba mieć charakter - trzeba na treningach dawać wszystko, co się ma. Chociaż to już się robi generalnie zasada, że w piłce dla leni zaczyna brakować miejsca.

Kiedyś lenistwo tak nie rzucało się w oczy?
Byli tacy piłkarze jak Romario, którzy kompletnie nie byli zainteresowani powrotem na własną połowę, odbieraniem piłki. Ale jednocześnie pozostali zawodnicy wiedzieli, że Brazylijczyk strzeli w sezonie trzydzieści goli, a jak przyjdzie naprawdę wielki mecz, w którym sama walka to za mało, to on właśnie zrobi różnicę, wniesie jakość. Ale tacy piłkarze jak Romario to ewenement.

Romario był niepokorny. Lubi pan takich?
Piłkarzy, którzy pyskują, narzekają, psują atmosferę, dziś się nie toleruje. Charakter pokaż na boisku, może czasami w szatni, gdy trzeba pociągnąć za sobą drużynę. Ale bez przesady. Zobaczcie, nawet taki Riquelme musiał odejść z Villarreal, bo choć miał olbrzymie umiejętności, to zespół i trenerzy go nie akceptowali.

Jakie więc jest pana podejście do piłkarzy? Zieliński chciał być kolegą, Wdowczyk - katem...
Nie mam problemu z tym, żeby być z piłkarzem bardzo blisko. Chcę, żeby miał pewność, że jeśli mi coś szczerze powie, to ja potem nie użyję tego przeciw niemu. W Hiszpanii wszyscy do trenerów mówią na "ty". Ale zarazem wiedzą, że jest granica, której przekroczyć nie można. Bo trener to szef. Wydaje mi się, że potrafię dostrzec, kto próbuje wykorzystać moją otwartość.

To, że był pan doskonałym piłkarzem, pomaga w pracy?
Oczywiście. Znajomość szatni, zachowań piłkarzy to jedno, ale też możliwość pokazania pewnych rzeczy samemu - to drugie. Są trenerzy analitycy, teoretycy, a piłkarz i tak sobie myśli: "Jak jesteś taki mądry, to sam to zrób". I taki szkoleniowiec - czy chce, czy nie - musi zawodnika przekonać: "Nie grałem w piłkę, ale doskonale znam się na swoim fachu". Ja mam to z głowy. Każdy wie, że jak trzeba coś zrobić, to zrobię.

Pokazuje pan boiskowe sztuczki napastnikom?
Czasami napastnikom, czasami obrońcom. Wiem przecież, jakich obrońców napastnicy nie lubią, całe życie uczyłem się walczy z defensywą przeciwnika.

Jeszcze dzisiaj poradziłby pan sobie w lidze?
Tak. Przez całą karierę omijały mnie kontuzje. Poza tym byłem piłkarzem, który łączy dwie cechy rzadko występujące w parze - szybkość i wytrzymałość. Nie wszystko zatraciłem. Poradziłbym sobie...

A co się dzieje z pana synem, Piotrem? Niedawno grał w młodzieżowej reprezentacji Polski, a teraz słuch o nim zaginął.
Uciekł z domu.

Jak to uciekł?
Normalnie, uciekł. Zdecydował się na studia w Maladze i wyjechał. Gra tam w trzeciej lidze. Ciągle słyszał, że jak człowiek wyjedzie z domu, to uczy się samodzielności, szacunku dla pieniędzy. I zdecydował się ruszyć w świat, podobnie jak moja córka, która wybrała studia tysiąc kilometrów od domu.

Piotr będzie jeszcze grał na wysokim poziomie?
Ma 20 lat - może jeszcze odpali. Dobrze gra dwoma nogami, jest świetny technicznie, ale musi poprawić grę głową i przede wszystkim być bardziej waleczny, pracowity.

Pan jako zawodnik był typem pracusia?
Żaden piłkarz nie lubi biegania po górach, dźwigania ciężarów. Zimowe przygotowania to był czas, w którym myślałem o tym, żeby skończyć z futbolem. Biegałem tak w tym śniegu i patrzyłem na narciarzy - zjeżdżali sobie, muzyczka grała, w knajpkach lał się grzaniec. Tak sobie wtedy pomyślałem - o, tam bym chciał być. Jak tylko skończę karierę, nauczę się jeździć na nartach. I rzeczywiście była to pierwsza rzecz, jaką zrobiłem. Ale dopiero po ostatnim meczu...

Biegając po górach, oszukiwał pan trenerów? Skracał sobie trasę?
To nie jest oszustwo, tylko cwaniactwo. Tak wolę o tym myśleć. Potem przychodziły gierki, było boisko, piłka przy nodze i grało się do upadłego, bez oszczędzania. Dlatego dziś szlag mnie trafia, gdy widzę, że piłkarzowi trening z piłką nie sprawia radości. Są etapy treningu, przez które po prostu trzeba przejść bez wielkiej satysfakcji, ale są też takie, które muszą cieszyć. Jak jest inaczej - jest problem.

A boiskowe oszustwo, symulowanie w polu karnym - to te jest pozytywne cwaniactwo?
Tak.

A fair play?
Panowie, piłka to jest jedno wielkie oszustwo. A jest fair play, kiedy obrońca tak cię kopnie, że przez dwa dni nie możesz chodzić, a sędzia i tak nie zagwizdał faulu? W piłce raz ty oszukasz rywala, raz on ciebie. Chociaż mówiąc szczerze, ja nigdy nie umiałem upadać.

Można powiedzieć, że w polskiej piłce akurat kwestię oszustwa doprowadzono do perfekcji. Arka potrafiła załatwić trzydzieści meczów w sezonie... To też pan pochwala?
Panowie, bądźmy poważni. Wiadomo, że nie.

W latach osiemdziesiątych korupcja też była.
Była. Ale nie na taką skalę. Wtedy każdy klub miał mniej więcej to samo - czy to górniczy, czy wojskowy, czy kolejowy. Nikt nie miał za wiele do zaoferowania, ale i nikomu nie brakowało. Myślę, że wtedy mecze były ustawiane naprawdę sporadycznie.

A słynne spotkanie z 1986 roku Górnik - Legia? Warszawscy kibice są pewni, że decydujący o mistrzostwie mecz został przez legionistów sprzedany. Pan strzelił dwa gole.
Panowie, to wszystko przeze mnie... Była taka sytuacja. Andrzej Buncol zobaczył u mnie buty firmy Puma, jakich w Polsce nie było. Obiecałem, że mu załatwię takie same i dam albo na kadrze, albo przed meczem ligowym. I jak idiota w tunelu pełnym dziennikarzy przed spotkaniem z Legią dałem mu pudełko z butami. A potem dorobiono teorię, że w tym pudełku były pieniądze. Panowie, to przed denominacją było. Legia by takiego spotkania za jedno pudełko nie odpuściła.

Wróćmy do teraźniejszości. Legia wygrała pięć pierwszych meczów bez straty gola. Macie najlepszą drużynę w lidze?
Pakę to ma Wisła. Przed sezonem mówię do asystenta: "Patrz, tamci to mają zespół. Wszyscy ograni, doświadczeni, świetni technicznie". Wzięliśmy skarb kibica i policzyliśmy mecze w lidze naszych zawodników i ich. Wyszło mniej więcej, że wszyscy moi piłkarze rozegrali w ekstraklasie 500 meczów, a ich 1500. Trzy razy więcej. Przecież u nas za doświadczonego uchodzi Bartek Grzelak, który ma ze trzydzieści spotkań rozegranych.

Mówią, że doświadczenie to nic więcej niż tylko zbiór porażek, jakie się ma za sobą.
Nieprawda, zbiór doświadczeń. Wyobraźcie sobie, że wygraliście w totolotka. Możecie te pieniądze w rok przepuścić, zwariować, a możecie je dobrze zainwestować i potroić. Ale cokolwiek zrobicie, będziecie mieli już życiowe doświadczenie, jak obchodzić się z fortuną.

Skoro tak pan ceni doświadczenie, to dlaczego nie protestował pan, gdy Legia sprzedawała Surmę, Włodarczyka, Bronowickiego, Janczyka, Fabiańskiego...
Trzeba patrzeć na każdego z tych piłkarzy osobno. Mieliśmy nie puścić Janczyka za tę górę pieniędzy? Nie miałem go na ani jednym treningu, ale słyszałem, że nie grał w Legii za dobrze. Jakie jest wasze zdanie?

Grał beznadziejnie.
Aha. No, a Fabiański? Mieliśmy go nie puścić do Arsenalu Londyn? Z Surmą i Włodarczykiem sytuacja rzeczywiście nie wydawała mi się normalna, bo jak można oddać kapitana i najlepszego strzelca. Ale z drugiej strony musiałem dostosować się do sytuacji, w jakiej się znalazłem. Walka z wiatrakami nie przynosi nic poza jakąś tam frustracją.

Brak doświadczenia może jednak wam pomoże? Może okaże się, że utalentowany Grosicki wnosi więcej niż zramolały Sobolewski? Celem jest mistrzostwo?
Celem są europejskie puchary - czy to przez ligę, czy przez Puchar Polski. Ale nie chcę składać żadnych deklaracji. Zauważyliście, że przed sezonem każdy trener mówi, iż chce być w pierwszej ósemce? A drużyn w lidze szesnaście. Oznacza to, że połowa szkoleniowców stawia przed zespołem nierealne cele.