W przedostatniej serii eliminacji MŚ 2018 Polska wygrała w czwartek w Erywaniu z Armenią 6:1. Podopieczni Adama Nawałki zgromadzili dotychczas 22 punkty. Na jedną kolejkę przed końcem wyprzedzają o trzy punkty Danię i o sześć Czarnogórę.

W niedzielę biało-czerwoni spotkają się w Warszawie z Czarnogórą, Dania zagra u siebie z Rumunią, a Kazachstan podejmie Armenię. Wszystkie mecze grupy E rozpoczną się o godz. 18.

Polacy, którzy zapewnili sobie już co najmniej udział w barażu, wywalczą bezpośredni awans, jeśli zremisują na PGE Narodowym. Zajmą pierwsze miejsce nawet w przypadku porażki, ale pod warunkiem, że Dania nie wywalczy w niedzielę trzech punktów z Rumunią.

Przy równej liczbie punktów o układzie w tabeli w eliminacjach mundialu w pierwszej kolejności decyduje łączny bilans bramek. W przypadku Polski (24-12) oraz Danii (19-7) różnica wynosi obecnie plus 12, co oznacza, że w razie porażki biało-czerwonych oraz zwycięstwa Duńczyków podopieczni Age Hareide wyprzedzą drużynę Nawałki.

W niedzielę Polacy będą mieć ułatwione zadanie, rywale z Czarnogóry zagrają bowiem poważnie osłabieni. Z powodu żółtych kartek pauzują Stefan Savic i Marko Vesovic, a kontuzję w starciu z Danią odniósł lider zespołu Stevan Jovetic.

Wszystko jest zatem w rękach, a właściwie nogach piłkarzy Nawałki. W przeszłości reprezentanci Polski kilka razy udowodnili, że w ostatniej kolejce - gdy decydują się losy awansu - potrafią sobie radzić.

Tak było np. w eliminacjach mistrzostw Europy 2016. Biało-czerwoni do zajęcia drugiego miejsca w grupie (które również dawało bezpośredni awans; pierwsze ostatecznie zajęli Niemcy) potrzebowali w ostatniej kolejce remisu u siebie z Irlandią 0:0 lub 1:1. W kwalifikacjach Euro obowiązują bowiem inne zasady, w przeciwieństwie do eliminacji MŚ liczą się w pierwszej kolejności bezpośrednie mecze (a w Irlandii było 1:1).

Podopieczni Nawałki wykonali swój plan z nawiązką, wygrywając w Warszawie 2:1. Po meczu piłkarze zaczęli świętowanie razem z kibicami. "Nie wiemy jak wy, ale ja jestem dumny z tych chłopaków. Jedziemy do Francji. Razem zajdziemy daleko!" - krzyknął przez mikrofon do kibiców Robert Lewandowski. Odpowiedziało mu z tysięcy gardeł gromkie "Dziękujemy!".

Sytuacja, gdy wszystko zależało od ostatniego meczu, zdarzyła się również np. w kwalifikacjach mistrzostw świata 1986. Prowadzeni wówczas przez Antoniego Piechniczka biało-czerwoni, z obecnym prezes PZPN Zbigniewem Bońkiem w składzie, w ostatniej kolejce podejmowali Belgię. Gospodarzom wystarczył remis i ostatecznie spotkanie w Chorzowie zakończyło się wynikiem 0:0. Polacy awansowali na mundial w Meksyku, podobnie zresztą jak Belgowie, którzy w barażu okazali się minimalnie lepsi od Holendrów.

Najsłynniejszym przypadkiem "zwycięskiego" remisu w ostatniej serii jest oczywiście legendarny mecz na Wembley z Anglią w eliminacjach mistrzostw świata 1974. Wówczas drużyna Kazimierza Górskiego potrzebowała jednego punktu. Po heroicznej walce, świetnej postawie Jana Tomaszewskiego i golu Jana Domarskiego osiągnęła swój cel, remisując z faworyzowanymi gospodarzami 1:1.

Cztery lata później, w kwalifikacjach mundialu 1978, biało-czerwoni znów zremisowali w swoim ostatnim spotkaniu. Tym razem z Portugalią w Chorzowie 1:1 (gol Kazimierza Deyny), dzięki czemu przypieczętowali awans na mistrzostwa świata w Argentynie.

Czasami zdarzało się tak, że Polacy w ostatniej kolejce wykonali swoje zadanie, ale wobec niekorzystnego wyniku na innym stadionie nic im to nie dało. W kwalifikacjach mistrzostw Europy 2004 grali na wyjeździe z Węgrami i wciąż mieli szansę zajęcia drugiego miejsca (za Szwecją), oznaczającego prawo w gry w barażu o awans.

Biało-czerwoni, prowadzeni wówczas przez Pawła Janasa, wygrali w Budapeszcie 2:1 po dwóch golach Andrzeja Niedzielana. Niestety, w innym spotkaniu tej grupy pewna awansu Szwecja uległa u siebie Łotwie 0:1. To właśnie Łotysze zajęli niespodziewanie drugie miejsce, zapewniając sobie prawo w gry w barażach, w których okazali się lepsi od Turków. Dzięki temu pojechali na Euro 2004 do Portugalii.

Obecnie mundial 2018 w Rosji jest dla Polaków na wyciągnięcie ręki, ale ku przestrodze można przypomnieć przypadek Francji z eliminacji mistrzostw świata 1994. W dwóch ostatnich meczach u siebie - z Izraelem i Bułgarią - "Trójkolorowym" wystarczył do awansu jeden punkt. Najpierw jednak przegrali w Paryżu z ostatnim w tabeli Izraelem 2:3 (choć do 83. minuty prowadzili 2:1), a następnie ulegli na Parc des Princes Bułgarom 1:2, tracąc gola w ostatnich sekundach po szybkiej akcji prawą stroną i efektownym strzale Emila Kostadinowa.

Mundial w USA odbył się więc bez Francuzów, co na dwie kolejki przez zakończeniem eliminacji było nie do pomyślenia.