Przyszedł pan do prokuratury usłyszeć, że będzie oskarżony o przyjmowanie łapówek?
Chyba tak. Dowiem się, za co mam odpowiadać. Nie przyznam do wszystkiego. Niektórzy obrzucają mnie błotem, bo jak wpadłem, to można wszystko na mnie zwalić. Ja nie pozwolę się wrobić! - mówi Dusza w wywiadzie dla "Faktu".

Odpowie pan między innymi za łapówkę od Arki Gdynia. Pana nazwisko pojawia się w zarzutach byłego prezesa tego klubu Jacka M.
Nie znam tego człowieka.

Ale łapówkę pan dostał od działaczy gdyńskiego klubu?!
Ja bym tego tak nie nazwał. Po meczu kierownik drużyny dał mi 3 tysiące złotych i do tego się przyznaję. Ja jednak, przyjeżdżając na mecz do Gdyni, poniosłem pewne koszty. Opłaciłem sobie hotel, kupiłem paliwo do samochodu.

Dostał pan na to dietę z PZPN!
Dietę, dietę... Wydatki były wyższe.

Dużo wyższe, bo za hotel i paliwo zapłacił pan co najwyżej 400 złotych. A co z resztą pieniędzy?
Pozostała suma była... na kolację.

To musiał sobie nieźle pan podjeść za dwa tysiące sześćset złotych!
Wie pan... Dawali, to wziąłem. Tam mieli tak w zwyczaju. Tak funkcjonował w Polsce system, większość brała i większość dawała.

Pan dał jednak zbyt wysoką notę sędziemu Mariuszowi G. z Łodzi, który też dostał łapówkę!
Dałem mu ósemkę, ale mogłem niższą ocenę.

Brał pan wiele razy? Ile ma pan zarzutów?
Nie wiem. Ich liczba cały czas rośnie.

Jak to pan nie wie? Dwadzieścia, trzydzieści?
Mniej. Myślę, że kilkanaście. Nie do wszystkich się przyznaję.

Dostawał pan "na kolację" po 15 czy 10 tysięcy złotych?
Takich sum nigdy.

Zdaniem prokuratury, działał pan w zorganizowanej grupie przestępczej ustawiającej spotkania!
Najpierw miałem tę grupę, potem nie. Sam już nie wiem, jak to jest.

Policjanci zatrzymali pana dwa razy. To nie zdarza się co dzień. Musiał pan nieźle kręcić i się wkurzyli.
Od razu tam kręcić! Sędziowie mnie pogrążali. Było ich kilkunastu.

Chyba nie wszyscy kłamali?
Niektórzy tak, niektórzy nie.

Brał pan też kasę od Górnika Polkowice i Zagłębia Sosnowiec?
Sosnowiec nie. Czasem dzwonili i pytali, kto będzie sędziował, a kto obserwował, to mówiłem, bo jak wiedziałem, to czemu miałem nie powiedzieć...

Prezes PZPN Michał Listkiewicz, kiedy zatrzymano pana i Antoniego F. z łapówką w wysokości 100 tysięcy złotych mówił, że panowie to dwie czarne owce. Czuje się pan jak owca?
Nie, a na pewno nie jedyna. To był system. Większość brała, a potem mówiła, że nic nie dostała. Takie tam czarowanie. To działo się od lat.

Prowadził pan w 1993 roku jako sędzia główny mecz Wisły Kraków z Legią 0:6, po którym zabrano warszawskiej drużynie tytuł mistrzowski i oskarżono ją o kupienie spotkania. Pan też dostał w łapę?
W życiu! Ja niczego nie wziąłem. Mecz był dziwny, ale bramki były ładne. Wszyscy wiedzieli, że coś się dzieje, ale nikt nikogo za rękę nie złapał.

Was złapali na gorącym uczynku, z Antonim F., 12 lat później!
I tu się pan myli. Przy okazji chciałbym jedną rzecz sprostować. Mnie przy zatrzymaniu Antoniego nie było! Ja łapówki do koła nie chowałem! Byłem w domu, oglądałem mecz i tam zatrzymali mnie policjanci.

I pewnie nie wie pan, że F. chciał ustawić dwa mecze i kupić je u międzynarodowych sędziów?!
Coś tam mówił, że chce coś załatwić, pytał, kto i gdzie mecz prowadzi. Ja nie ustalałem z nim żadnej łapówki.

Wie pan, że za korupcję w sporcie grozi panu do pięciu lat więzienia?
Wiem, że od trzech miesięcy do pięciu lat. Teraz jest człowiek mądrzejszy i żałuje wielu rzeczy.

Prezes Michał Listkiewicz twierdzi, że nic nie widział o korupcji w polskiej piłce. Wierzy mu pan?
Trudno w to uwierzyć. To był system i jako były sędzia musiał o tym wiedzieć.