Niemal wszyscy piłkarze Chelsea w środowy wieczór wybrali się na premierowy pokaz filmu "Blue revolution" do kina Fulham Broadway. Nie wiedzieli, że tego dnia prawdziwa rewolucja nastąpi w zespole "The Blues". Bomba wybuchła, gdy Frank Lampard przeczytał smsa od Jose Mourinho: "Zrezygnowałem. Dziękuję bardzo chłopaki, powodzenia do końca kariery". Taką wiadomość Portugalczyk wysłał też do Johna Terry'ego i Didiera Drogby.

Do Lamparda jeszcze zadzwonił. "Frank, kocham ten klub, kocham ten zespół i żadnego już nie będę kochał bardziej, ale nie mogłem zostać" - tak podobno powiedział. Gorący news około pierwszej nad ranem przedostał się do wszystkich mediów. Gazety, które już zamknęły druk, wycofywały nakład. Te, które nie mogły tego zrobić, tworzyły w internecie całe serwisy na temat odejścia Mourinho. Decyzję "The special one", czyli "pana wyjątkowego" - jak sam Jose przedstawił się niegdyś na konferencji prasowej - komentowali w mediach wszyscy: piłkarze, trenerzy, aktorzy, piosenkarze, kibice, taksówkarze. Wydźwięk był jeden: "Nawet gdy nas denerwowałeś, kochaliśmy cię. To wielka strata dla Premiership".

Dlaczego Mourinho odszedł? Pierwszy powód - wyniki. Drugi - przesadna niezależność i krnąbrność. Chelsea w sześciu kolejkach Premiership zdobyła tylko jedenaście punktów, słabo zaczęła rozgrywki Ligi Mistrzów - od remisu 1:1 z Rosenborgiem. Roman Abramowicz i jego ludzie w zarządzie klubu pewnie machnęliby na to ręką, bo do końca sezonu daleko, gdyby nie mieli przekonania, że sprawy idą w złym kierunku. Po meczu z mistrzem Norwegii najbogatszy Rosjanin wszedł do szatni Chelsea i powiedział piłkarzom wyraźnie - takiej gry tolerować nie ma zamiaru. U oligarchy narastała frustracja - chciał mieć najsilniejszy klub świata, chciał bezwzględnie zdominować futbol, ale to mu się nie udało. Dwa mistrzostwa Anglii - w porządku. Ale plany były ambitniejsze, wykraczające poza to, co widziano w sporcie kiedykolwiek.

Następnego dnia Rosjanin spotkał się z działaczami Chelsea i przez wiele godzin dyskutował o przyszłości klubu. Nie podobało mu się to, że na mecze przychodzi coraz mniej kibiców (marne 24 tysiące na meczu z Rosenborgiem), zespół gra coraz brzydszy futbol, a trofeów przybywa bardzo niewiele - przez trzy lata, mimo wydania ogromnych pieniędzy (grubo ponad 300 milionów funtów), nie udało się nawet awansować do finału Ligi Mistrzów. "Roman miał dość tego, co się dzieje w klubie. Ilekroć prosił o coś trenera lub piłkarzy, potem widział dokładnie odwrotny efekt. Był już tym zmęczony, nie czuł satysfakcji" - mówi wtajemniczona osoba.

Najpopularniejsza z wersji głosi, że w środowy wieczór do klubu wezwany został Mourinho. Działacze zaczęli się nad nim pastwić - wytykali mu błędy, przekazywali swoje dobre rady i propozycje nie do odrzucenia. Kto ma grać, jak i dlaczego. Portugalczyk nie chciał tego słuchać. Efekt taki, że na oficjalnej stronie klubu trzeba było podać zapewne najkrótszy komunikat w historii klubu, zaledwie jedno zdanie - "Kontrakt Mourinho z Chelsea został rozwiązany za porozumieniem stron".

Druga wersja mówi, iż to Mourinho sam zrezygnował, a zarząd zebrał się tylko po to, by zastanowić się nad wyjściem z trudnej sytuacji. Londyński klub szybko znalazł nowego trenera - Avrama Granta, byłego selekcjonera reprezentacji Izraela, a ostatnio dyrektora na Stamford Bridge. Ale to zapewne opcja tymczasowa. Za głównego kandydata do prowadzenia Chelsea uznaje się Marcelo Lippiego, który odkąd zdobył mistrzostwo świata z reprezentacją Włoch, tylko odpoczywa.

O Mourinho - genialnego pyszałka, który potrafił doprowadził FC Porto do Pucharu Europy i Pucharu UEFA - też nie ma się co martwić. Bukmacherzy typują, że zostanie selekcjonerem reprezentacji Portugalii lub trenerem Barcelony, gdzie problemy ma ostatnio Frank Rijkaard. Jedno jest pewne - na najbliższym meczu w Londynie rozlegnie się chóralne: "Stand up for the Special One" - "powstań dla pana wyjątkowego". Wielu kibiców Chelsea będzie płakało, żegnając Jose.