Tak nerwowej końcówki w Lubinie jeszcze nie było, Obaj trenerzy, Czesław Michniewicz i Wojciech Borecki, nie byli pewni, czy zachowają swe posady i na obu ławkach aż buzowało od napięcia - pisze "Fakt".

Zaczęło się od wyrzucenia trenera ŁKS na trybuny przez arbitra Pawła Gila. "Sędzia techniczny cały czas był przy mnie i po cichu mi ubliżał. Pytałem sędziego Gila o powód wyrzucenia mnie z ławki. Arbiter prowadził te zawody tendencyjnie, zresztą oszukał nas już w meczu z Legią. Ten pan chyba ma kompleks wielkich klubów albo jest nieudacznikiem. Takim sędziom trzeba "podziękować" za pracę" - mówił po meczu Borecki.

Wcześniej, gdy usłyszał od Gila: "Zostało półtorej minuty. Na trybuny albo przerwę mecz!", szarpał się z porządkowymi, nie przebierając w słowach, z których k...a było najłagodniejsze. Kiedy padła zwycięska bramka dla Zagłębia, napięcie eksplodowało u Michniewicza. Trener skakał po boisku, po czym podbiegł do ławki gości i pokazał w jej stronę "gest Kozakiewicza".

"Uczyniłem to z radości. Gest jak gest" - bagatelizował całą sprawę po spotkaniu szkoleniowiec Zagłębia. Zapomniał dodać, że krzyczał przy tym: "K...a! Gol! K...a! K...a mać!" Po końcowym gwizdku nie wytrzymał też asystent Boreckiego, Juliusz Kruszankin. "Do Wrocławia zapier...ć ich wszystkich! Ten ch...j wbiega na murawę, a on k...a wyrzuca Wojtka!" - bluzgał Kruszankin.

Na konferencji prasowej trenerzy nie oszczędzali się nawzajem. "Macie problemy ze sobą" - mówił Michniewicz. "Gdy ktoś mi pluje w twarz, nie będę udawał, że deszcz leje" - odparował Borecki. Michniewicz nie oszczędził także własnych fanów. "Ci, którzy gwizdali na swoją drużynę, gdy jej nie szło, mogą na następny mecz nie przychodzić. Takich kibiców nie szanuję" - wściekał się lubiński trener. A rozmawiający z kibicami po meczu Maciej Iwański zrywał z ręki opaskę, krzycząc: "Wcale nie muszę być kapitanem! Chcecie, to sobie ją weźcie!"

Trener ŁKS w czasie meczu nie wiedział jeszcze, czy bez przeszkód wróci do Łodzi. W Lubinie łódzkiej drużynie zepsuł się autokar i z hotelu na stadion zawodnicy dojechali taksówkami. Na szczęście pojazd naprawiono i piłkarze ŁKS mogli wrócić do domów.