Przechodząc do Realu nie miał pan nic do stracenia. Jak pan ocenia zmianę klubu z perspektywy blisko trzech miesięcy?
Podczas rozmów o kontrakcie jasno przedstawiono mi jaką rolę miałbym pełnić w klubie. Ale Real Madryt nie składa propozycji 34-letnim zawodnikom bez powodu. Na razie tylko trenuję, czekam na swoją szansę i jeśli zagram kilka meczów w sezonie będę zadowolony. A kiedy po latach spojrzę na swoje piłkarskie CV i zobaczę takie nazwy jak Feyenoord, Liverpool, czy Real plus 60 występów w reprezentacji, będę mógł powiedzieć, że coś mi się w życiu udało. Jak trafiłem do Madrytu, dzwoniłem do wszystkich kolegów z reprezentacji. Wszyscy powiedzieli, że dobrze zrobiłem, a odmówić Realowi to byłby grzech.

Pozycja Casillasa w bramce wydaje się niezagrożona. Na każdym kroku widać, że jest jednym z największych idoli fanów Realu.
Iker wygrał dla tego klubu mnóstwo meczów i wypracował sobie u kibiców ogromny kredyt zaufania. Obok Raula, Salgado i Cannavaro jest jednym z czterech kapitanów drużyny. Atakuje go tylko prasa katalońska i media spoza Madrytu, bo w lokalnych ma mocną pozycję.

Jak ważną rolę odgrywały przy pana transferze pieniądze? Mówi się, że zarabia pan milion euro rocznie.
Warunki finansowe zawsze były dla mnie sprawą drugorzędną. Od lat patrzyłem głównie na to, czego mogę się w danym klubie nauczyć - tak było w Feyenoordzie, Liverpoolu i tak samo jest w Realu. Pieniądze przychodzą z czasem. W Realu nie płaci się premii meczowych. Dostajesz pieniądze za wykonaną robotę, np. wygranie ligi, zdobycie pucharu.

Do niedawna deszczowa Anglia, teraz słoneczna Hiszpania. Żona i syn Aleksander chyba ucieszyli się z przeprowadzki?
Posłużyła im zmiana klimatu. W Hiszpanii jest pogodnie, słonecznie i żyje się znacznie przyjemniej. Nowy kraj, język i kultura... Po przyjściu do Realu odżyłem. Kiedy mieszkaliśmy w Anglii, koledzy w szkole zaczepiali Aleksandra, bo słyszeli spekulacje na temat mojego odejścia z Liverpoolu. Kiedyś syn przyszedł do domu i mówi: "Tatuś, słyszałem, że będziemy się przeprowadzać? Wszyscy w szkole o tym rozmawiają, koledzy z klasy, nauczycielka. Ale jak mamy się przeprowadzać, to tylko do Hiszpanii!"

Jest pan zawodnikiem Realu do czerwca 2009 roku. Czy bierze pan pod uwagę możliwość, że nie wypełni tego kontraktu w całości i w przyszłym sezonie będzie grał w innym hiszpańskim klubie?
Niczego nie można wykluczyć, ale na razie nigdzie się z Realu nie wybieram. Kto wie, może za rok spotkamy się w tym miejscu i będę mógł powiedzieć, że gram regularnie? Walczyłem o dwuletni kontrakt, bo chciałbym uniknąć sytuacji, w której jestem za rok kontuzjowany i nie mam jak się leczyć. Znam piłkarzy, którzy mieli problemy ze zdrowiem pod koniec kontraktu, wylądowali na aucie i musieli wracać do zdrowia i formy... w domu. Z drugiej strony, kiedy w Liverpoolu poważnego urazu doznał Markus Babel i było mało prawdopodobne, że wróci do gry, klub zrobił wspaniały gest i przedłużył z nim kontrakt o kolejne cztery lata. "The Reds" za kadencji Gerarda Houlliera byli klubem z innej epoki pod względem socjalnym. To było coś fantastycznego.

Znał pan choć trochę hiszpański zanim trafił do Madrytu? Nie było problemów z komunikacją?
Nie, bo niektórych zawodników znałem dużo wcześniej, na przykład Ruuda van Nistelrooya i Mahamadou Diarrę. Prawie wszyscy masażyści i lekarze mówią tutaj w języku angielskim. To dla mnie bardzo ważne, bo nieraz spotykałem się z sytuacjami, kiedy zawodnik nie mógł dogadać się w klubie, szedł z kontuzją do domu i rodziły się z tego poważne problemy. Podczas moich pierwszych dwóch sezonów w Holandii w ogóle nie brałem masażów, bo ciężko było mi się dogadać. Rozmawiałem tylko z Igorem Korniejewem, bo wyjeżdżając z kraju, akurat znałem rosyjski.

Jakim trenerem jest Bernd Schuster? Można go porównać z Leo Beenhakkerem?
Jest spokojny, ale ma temperament i w razie potrzeby, potrafi ostro przekazać swoje uwagi. On i Leo mają ze sobą wiele wspólnego. Obydwaj podobnie gestykulują, myślą, nawet podobnie chodzą (śmiech). Patrząc na Schustera, odnoszę czasem wrażenie, że już to gdzieś widziałem - w Feyenoordzie albo reprezentacji. Kiedyś nasz trener był zresztą na stażu w Rotterdamie, kiedy pracował tam właśnie Beenhakker. Jak tylko pierwszy raz przyjechałem do Madrytu, pozdrowiłem Schustera od Leo i przekazałem mu dwa pytania od selekcjonera. Po pierwsze, dlaczego zmienił numer telefonu, a po drugie, dlaczego został trenerem.

Co w tym dziwnego?
Podczas stażu w Feyenoordzie Schuster zarzekał się, że na pewno nie będzie się zajmował trenowaniem. Myślę, że zrobił bardzo dobry ruch decydując się na karierę szkoleniowca. Pracował w Getafe, Levante, dobrze radził sobie z Szachtarem, a teraz ma rekordowo dobry start ligi z Realem.

Czy zaskoczył czymś pana Pedro Jaro, szkoleniowiec bramkarzy w Madrycie? Liverpool też zatrudniał na tym stanowisku Hiszpana. Czym różnią się zajęcia u tych szkoleniowców?
Kiedy przyszedłem do Realu, Jaro wiedział o mnie praktycznie wszystko. Sporo dzwonił po znajomych, wie jakim jestem bramkarzem i co lubię robić na treningach. Sam jest w Realu dopiero pierwszy sezon, więc to też dla niego swojego rodzaju test. W porównaniu z Liverpoolem, mamy w Madrycie więcej pracy fizycznej, a mniej treningu mentalnego, przygotowania pod kątem meczu.

Jak spędza pan czas wolny? Razem z Polakami z drugiej i trzeciej drużyny wychodzicie na miasto? A może podróżuje pan po kraju swoim luksusowym audi?
Raz w tygodniu jemy z żoną w restauracji, czasem wyskoczę na miasto z Krzyśkiem Królem, Szymonem Matuszkiem i Kamilem Glikiem. Chłopaki grają w Realu B i C, ale staramy trzymać się razem. Od razu po treningu jadę jednak do domu i bawię się z dziećmi. Raz w tygodniu idę na golfa, najczęściej z Gutim i Julio Babtistą.

Skąd się wzięło u pana zamiłowanie do golfa?
Wszystko zaczęło dosyć niespodziewanie. W ogrodzie swojego domu w Liverpoolu pod jednym z drzew znalazłem zakopany, zardzewiały kij golfowy. Kupiliśmy z synem kilka piłeczek i zaczęliśmy trenować. Na wakacjach przynajmniej raz w tygodniu odwiedzałem pole golfowe w Paczułtowicach pod Krakowem. Poznałem tam kilku reprezentantów Polski, nauczyłem się kilku sztuczek i golf szybko mnie wciągnął.

W Anglii ten sport cieszy się chyba znacznie większym zainteresowaniem niż w Hiszpanii?
Wśród piłkarzy zdecydowanie tak. Dookoła Madrytu jest bardzo dużo pól golfowych, ale w Anglii towarzyszy temu długoletnia tradycja. Przynajmniej osiemdziesiąt procent piłkarzy gra tam w golfa. To świetny sposób na oczyszczenie umysłu. Zapominasz o swoich zmartwieniach, dyskutujesz z kolegami. Naprawdę doskonała forma relaksu.

Z kim głównie trzyma się pan w szatni, a z kim poza boiskiem?
Z Holendrami, chociaż nie chcę, żeby postrzegano mnie jako członka ich grupy. Jak mieliśmy „polską” grupę w Feneyoordzie, czy "francuską" w Liverpoolu, to zawsze obwiniano nas za słabą grę zespołu. Dopóki nie mieszkała ze mną rodzina, równie często spotykałem się po treningu z innymi zawodnikami, Casillasem, Ramosem, Cannavaro. Raz na dwa tygodnie wyjdziemy gdzieś na kolację, ale ostatnio zdarza się to coraz rzadziej.

Jaka atmosfera panuje w szatni? Robicie sobie nawzajem żarty czy wyczuwa się raczej pełną powagę i skupienie?
Wygrywamy, więc atmosfera musi być dobra. Brazylijczycy z Robinho na czele robią innym piłkarzom takie numery, że czasami kładziemy się ze śmiechu. W naszej szatni nie ma miejsca na nerwy, niektórzy są do tego stopnia wyluzowani, że przed wyjściem na boisko odbijają sobie piłkę w korytarzu. Trenerowi w ogóle to nie przeszkadza, ważne jest to, co się dzieje na boisku. Pamiętam, jak kiedyś 15 minut przed pierwszym gwizdkiem sędziego Henry z Cisse bawili się razem piłką, a później wyszli na boisku i kosili się przez 90 minut. Piłkę należy traktować serio, ale trzeba też kochać tę grę. Jeśli nie czerpiesz z tego przyjemności, to wszystko traci sens.

O zamkniętych imprezach z udziałem piłkarzy Realu krążą legendy. To prawda, co mówi się o kontaktach z celebrities i nachalnych fankach?
To nie prawda, że piłkarz gra przez 90 minut, po czym jedzie do domu, je miskę makaronu, a jak uzupełni węglowodany i wypije dwa litry wody, to śpi przez kolejne 20 godzin, czekając na kolejny trening. Jesteśmy tylko ludźmi, jeśli nasz świat kończyłby się na sporcie i domu, po roku wylądowalibyśmy w wariatkowie.

Czy Real, tak jak za czasów Beckhama, Ronaldo i Figo, wciąż wygląda jak plan filmowy? Zdarza się, że na treningu kogoś brakuje, bo w tym czasie nagrywa reklamówkę?
Odkąd jestem w Madrycie, zdarzyło się to tylko raz. Mogło być tak, że o 13 kończył się trening, po czym ktoś wsiadał do samolotu i leciał kręcić reklamówki. Piłka, a zwłaszcza Real, to wielki biznes. W klubie jest specjalny departament od szukania pieniędzy i kontrahentów. W kontrakcie mamy zapis, że każdą dodatkową gażą z reklam i kontraktów, dzielimy się z klubem po połowie. Proszę sobie wyobrazić, że Sam David Beckham miał 10 specjalistów od spraw pozasportowych, a dla Realu zarobił 300 milionów euro!

Czy to prawda, że większość piłkarzy mieszka w jednej dzielnicy?
Nie, ale jest pewna zasada, co do wynajmowanych przez nas mieszkań. Kawalerowie wybierają apartamenty w centrum, ci, którzy mają rodziny, wolą ciche mieszkanie pod miastem. Ja mam swój cichy kącik 25 kilometrów od Madrytu.

Co najbardziej pana zaskoczyło po przeprowadzce do Hiszpanii?
Hmm, po pierwsze to, że wszyscy trąbią na siebie na ulicach. Pod tym względem jest tu jeszcze gorzej niż w Warszawie (śmiech). W Anglii jest zupełnie inna kultura jazdy, ludzie jeżdżą jak dżentelmeni, ustępują sobie pierwszeństwa na ulicach. W Madrycie wszyscy jeżdżą bardzo agresywnie, wręcz popychają się na jezdni. Po drugie, jest tu znacznie mniej Polaków niż w Anglii. W Liverpoolu gdziekolwiek się nie ruszyliśmy, spotykaliśmy z żoną rodaków. Tłumaczyłem kolegom, że to znajomi, a oni śmiali się, że pół mojego miasta musiało przenieść się na Wyspy.

Przed wyjazdem do Madrytu mówił pan, że chce przetrzeć szlaki polskim piłkarzom w Primiera Division. Transfer Euzebiusza Smolarka do Racingu wydarzył się nadzwyczaj szybko.
Zgadza się, ale Polacy będą mieli w Hiszpanii bardzo ciężko. Poziom taktyczny i zaawansowanie techniczne stoją w lidze hiszpańskiej na bardzo wysokim poziomie. Znacznie łatwiej będzie się naszym chłopakom grało w Anglii, Szkocji, gdzie dużą wagę przywiązuje się do przygotowania fizycznego. W Polsce nie ma praktycznie żadnego szkolenia młodzieży i później pewne luki są już nie do nadrobienia. Ebi sobie poradzi, bo lubi techniczną grę.

Ciągle przyjaźni się pan z kolegami, którzy obecnie grają w reprezentacji?
Cały czas kibicuję tej drużynie, jestem w kontakcie z wieloma chłopakami. Mam nadzieję, że Beenhakkerowi uda się awansować do Euro 2008, chociaż trzeba przyznać, że i tak zrobił już bardzo dużo dla polskiej piłki. Leo pracuje nad zmianą mentalności, której my niestety nie mamy zbyt dobrej. I dlatego ktoś taki jak Beenhakker jest nam bardzo potrzebny. Wszyscy psioczą na polskich trenerów, ale moim zdaniem powinno się ganić ludzi, którzy ich kształcili. Jak widzę zawodnika, który na wyprostowanych kolanach nie potrafi dotknąć dłońmi palców u nóg, to zastanawiam się, kto z nim pracował nad stretchingiem. Niech polscy trenerzy jeżdżą na staże, najlepiej takie, dzięki którym przez miesiąc siedzą w szatni jakiegoś dobrego zespołu, a nie stoją za ogrodzeniem. Poza tym, w Polsce nie wyciąga się wniosków z popełnianych błędów. Na mundialu w Niemczech Paweł Janas nie chciał korzystać z doświadczeń Jerzego Engela. Nie zapytał, jak urozmaicić chłopakom miesiąc spędzony w jednym miejscu. W Polsce ludzie są przekonani, że wiedzą wszystko na każdy temat, w kraju mamy 40 milionów świetnych trenerów.

Real Madryt to dobry klub na zakończenie kariery?
Z piłką pożegnam się raczej w Polsce. Na razie nie wiem, co będę robił za kilka lat. Wybieganie w odległą przyszłość może okazać się zgubne, dlatego żyję z dnia na dzień. Jedno jest pewne - po zakończeniu kariery na pewno zostanę przy piłce. Zbyszek Boniek zakończył karierę bardzo szybko, ale miał ogromny wpływ na poprawę stanu naszego futbolu. Grał w zachodnich klubach i kopiował pewne rozwiązania do PZPN-u. Takich ludzi brakuje dziś w polskiej piłce.

Nie sądzi pan, że czas najwyższy na zmianę ekipy rządzącej naszym futbolem?
To normalne, że ciężko oderwać się od wygodnego fotela i przyjemnej pensji. Mój przyjaciel Jan de Zeeuw, od którego bardzo dużo się nauczyłem, zapytał mnie kiedyś: "Jurek, czy myślisz, że w holenderskiej piłce zawsze było dobrze?". Zrozumiałem, że musi zmienić się pewna generacja ludzi, żeby sytuacja w naszej piłce uległa poprawie. Do niedawna funkcjonował w Polsce chory układ. Albo ty kogoś skręciłeś, albo ktoś ciebie, było społeczne przyzwolenie na łapówki. To, co dzieje się w kraju od niedawna jest bardzo pozytywne. Zadzwonił do mnie ostatnio przyjaciel i mówi: "Jurek, k...wa, w Polsce to już nic się nie da załatwić. Wszędzie tylko kamery i prowokacje!" Odpowiedziałem mu, że wszyscy powinni żyć na takich samych, normalnych zasadach.

Dwa lata temu otwarcie mówił pan, że interesuje się polityką i sympatyzuje z Donaldem Tuskiem. Coś się zmieniło od poprzednich wyborów?
Po tamtych wyborach straciłem całkowicie zainteresowanie polityką i zraziłem się do tego środowiska. Może gdyby politykom zakazano występowania przed kamerami, to zaczęłaby się konkretna praca, a własny interes zszedłby na dalszy plan. Podobnie jest w świecie sportu. Jan Tomaszewski komentuje, co się tylko da. Ale czy naprawdę on jest taki mądry?