Byliśmy gwiazdami, a jednocześnie tylko ludźmi. I jak normalni ludzie korzystaliśmy z uciech codziennego życia. Wiedzieliśmy, kiedy i co nam wolno. Po meczach, kiedy był sukces, adrenalina krążyła. Nie dało się spać. Spotykaliśmy się w restauracji albo u kogoś w domu. Piliśmy - i wódkę, i szampana. W moim zespole nie wszyscy koledzy świecili przykładem. Na boisku taki Ernest Pohl był wzorem dla młodego chłopaka. Ale poza boiskiem... Różnie to bywało. Pamiętam, jak kiedyś go wciągali do autokaru przed meczem pucharowym z Duklą Praga. Dla mnie to był szok! A Ernest? Cóż, byliśmy dziesięć dni na zgrupowaniu. Puścili go tylko na trzy godziny... Poszedł w ulubione miejsce i tak się to skończyło.

Czy piłem kiedyś przed meczem? Tylko raz. Byliśmy na tournee w Ameryce Południowej. Wygraliśmy finał jakiegoś turnieju i zasiedzieliśmy się do białego rana. Wódka, cola, wódka, cola. Niestety, nasz menago w nocy załatwił dodatkowy mecz. Nazajutrz, w samo południe. W kontrakcie stało jasno, że muszę wystąpić. Trener Geza Kalocsai przyszedł do mojego pokoju i powiedział: "Włodek, ty musisz zagrać!" A ja mu na to: "Nie, jestem taki zmęczony, nie mogę się ruszyć. Jest mi niedobrze..." Zagrałem. Całą pierwszą połowę spędziłem pod prysznicem, w stroju piłkarskim. I wyszedłem na drugą, w końcu się obudziłem.

To były fajne czasy. Robiliśmy Polsce niezłą propagandę. Przyjechała jakaś drużyna zza żelaznej kurtyny i ograła reprezentację Kolumbii, kadrę Kostaryki, wszystkich goliła. W tym czasie politycy ogrzewali się w naszym blasku. Byliśmy im potrzebni. Oni nam nie. Wiecie, że ja byłem mistrzem nie tylko Polski, ale także ZSRR? Naprawdę. Kiedyś minister Pawłow zaprosił do siebie wszystkich najlepszych sportowców "demoludów". Był kubański bokser Stevenson, rumuńska gimnastyczka, mongolski zapaśnik, jakaś Bułgarka. Kwiaty i przemówienia. Medale wręczane na Łużnikach. Po prostu traktowali nas jak jedną z republik. Nawet mnie to bawiło. Czułem, że wchodzę na szczyt. No, ale jak się ma kilkanaście lat i trafia do wielkiego Górnika Zabrze, życie jest piękne. Pierwsze wejście do szatni tego klubu było stresujące. Gdzie się rozebrać? Co mówić? Na szczęście Stasiu Oślizło, Ernest Pohl i Janek Kowalski bardzo mi pomogli. Stres skończył się z momentem, gdy wyszedłem na boisko. Pierwsze uderzenie piłki, pierwsze przyjęcie i myśl: "Ja tutaj naprawdę pasuję".

Kadra, to był dużo większy stres. Po jednym z treningów Górnika sekretarz Dziedzic wezwał mnie do gabinetu, chrząknął, by nadać sprawie powagi, i wypalił: "Synu, jesteś powołany do reprezentacji. Potraktuj to jako docenienie twojej osoby. Ale raczej jako takie dowołanie". Coś tam jeszcze mówił, ale ja już go nie słuchałem. W głowie kołatało tylko jedno: "Co? Ja do kadry?". Przecież miałem dopiero szesnaście lat. Zapoznanie z trenerem Forysiem i reprezentacją skończyło się tak, że wygraliśmy z Norwegami 9:0, a ja strzeliłem gola. Oczywiście, to nie była taka Norwegia jak dziś. Przed meczem czułem, że Foryś wpuści mnie na boisko. Na treningach zobaczył, że jestem od niektórych lepszy. Czymś mu zaimponowałem. Przed meczem nie mogłem zasnąć i biegałem do toalety, miałem zdrową tremę. To były cudowne lata. I w Górniku, i w kadrze. Ale wszystko co piękne, kiedyś się kończy. Najgorsze było przede mną.