Holenderscy dziennikarze mówią, że jedną z pańskich motywacji jest chęć przechodzenia do historii. Stąd zgoda na objęcie posady w Trynidadzie i Tobago i pierwszy awans tego kraju do finałowego turnieju mistrzostw świata. Teraz, kwalifikując się do mistrzostw Europy, ma pan wielką szansę zapisać się w historii polskiej piłki.
To jakaś zupełna bzdura. Historia, sława, to nie są moje motywacje. Ja po prostu kocham futbol, kocham moją pracę. I mówiłem to wiele razy. Tak samo szczęśliwy mogę być prowadząc Real Madryt, czy reprezentację Polski, jak trenując 18-latków w Ajaksie Amsterdam. Nie wiem, z kim rozmawialiście, ale to nie jest zgodne z prawdą. Oczywiście, mam ambicję, chcę wygrywać. Ale to normalne, w końcu jestem profesjonalistą, a każdy zawodowiec chce wygrywać wszystko, co tylko możliwe. Moją motywacją nie jest jednak na pewno chęć bycia sławnym.

W takim razie może wyzwanie będzie dobrym słowem?
O tak, to coś innego niż sława, czy chęć przejścia do historii. Wyzwania to jest coś, co mnie naprawdę motywuje do pracy, to jest coś, co lubię najbardziej. I właśnie dlatego przyjąłem ofertę z Trynidadu, bo to było kolosalne wyzwanie. Ich reprezentacja była już po trzech pierwszych meczach eliminacyjnych. Zdobyła w nich jeden punkt i właściwie nie miała żadnych szans na pierwszy w historii awans. I to było wyzwanie, awansować z taką drużyną. Ludzie mówili mi, że jestem głupkiem, że tego się nie da zrobić, ale chciałem spróbować. Według mnie, nie ma rzeczy niemożliwych. Jak słyszałem kolejne osoby mówiące, że z tym zespołem nie da się zakwalifikować do mistrzostw świata, tym częściej i pewniej powtarzałem "nam się uda, my to zrobimy".

I podobnym wyzwaniem była praca z reprezentacją Polski?
Tak, oczywiście. Zanim podpisaliśmy kontrakt, obejrzałem mnóstwo waszych meczów: eliminacyjnych do mistrzostw w 2006 r. i z samego turnieju. I pomyślałem sobie: "Hej, coś jest nie tak. Te chłopaki mogą naprawdę grać dużo lepiej". I to było właśnie wyzwanie. Zgadza się.

Złości się pan, gdy dziennikarze pytają o rok 1985 i przegrane przez pana, wtedy selekcjonera Holandii, baraże z Belgią o wejście do mistrzostw świata w Meksyku.
Ja się nie złoszczę. Dla mnie to jest niesamowite, że się do tego wraca. Bo jaki to ma związek z meczem Polska - Belgia w Chorzowie? Z jednej strony rozumiem motywację dziennikarzy, ale po co pytać o wydarzenie sprzed 22 lat! Kogo to dziś obchodzi? Jaki to ma związek z teraźniejszością? Dajmy temu spokój, to już przecież historia.

Chodzi o to, że w Holandii ludzie do dziś uważają tamte mecze za jedną z największych katastrof w historii waszego futbolu.
Nie, to nie była katastrofa. To był po prostu baraż między Holandią a Belgią...

Co jest zawsze czymś wyjątkowym.
Tak, to prawda. To są wyjątkowe mecze. Ale posłuchajcie. Jestem już 43 lata w tym biznesie. Miałem swoje wzloty i upadki. Ale ja nie żyję przeszłością, żyję dzisiaj. Tu i teraz.

W Belgii mówi się, że przed tamtymi meczami zachowywał się pan niezwykle arogancko. Holendrzy pana bronią i mówią, że to była taka gra, by dodać pewności siebie piłkarzom. Że świetnie ich pan umotywował.
No tak, to typowe dla Belgów. Znam doskonale ten ich sposób myślenia. Ale cóż, to ich problem. Oczywiście, powtarzałem cały czas, że jesteśmy faworytem, że jesteśmy lepsi. Chciałem, żeby piłkarze wyszli na boisko pełni wiary. I to się udało. Byliśmy przecież tak blisko awansu. Rozumiem, że Belgowie wolą zajmować się tamtymi czasami, zamiast rozprawiać o meczu sprzed roku, kiedy pokonaliśmy ich 1:0 w Brukseli. Ale my nie musimy mówić o tym, co się wydarzyło 22 lata temu.

Ma dla pana jakieś znaczenie przed dzisiejszym meczem, że mieszka pan w Belgii?
To nie ma żadnego znaczenia. Dopiero od półtora roku tam mieszkam. Dajcie spokój, co to ma do rzeczy? Zamieszkałem w Belgii, bo jest tam cicho, spokojnie, można się zrelaksować. Mam tam piękny dom, do holenderskiej granicy jest niedaleko i to wszystko. Raj na ziemi, czuje się tam świetnie, ale to nie powoduje, że traktuję teraz Belgię jakoś wyjątkowo. Jestem Holendrem, mam holenderski paszport i nigdy nie przestanę się czuć Holendrem. W Belgii można po prostu wieść dużo spokojniejsze i zdecydowanie bardziej zrelaksowane życie. Nie ma tyle agresji co w Holandii. Ale Belgia jest wrogiem.

Wrogiem?
Nie, nie wrogiem, to niewłaściwe słowo. Rywalem. Belgia jest naszym najbliższym rywalem i musimy ją pokonać. Następnym będzie Serbia i z nią też musimy wygrać. Tego się od nas wymaga, z tego jesteśmy rozliczani. Jeżeli w przyszłym roku będziemy grali z Holandią, ich też będziemy musieli pokonać. Nie ma problemu.

Wpływ na pana przeprowadzkę do Belgii miał incydent z Enschede? Kiedy po meczu Twente z Ajaksem tamtejsi kibice pana obrażali, poszturchiwali, a nawet zniszczyli panu samochód?
Nie, nie, nie. To nie miało żadnego wpływu na moją decyzję. Żyjemy w wolnym świecie, w zjednoczonej Europie. Mogę mieszkać, gdziekolwiek mi się podoba. Jak już mówiłem, mam tam piękny dom, a życie w Belgii jest bardziej zrelaksowane. To wszystko.

Przejdźmy do meczu. My gramy o awans, a Belgowie już tylko o zachowanie twarzy. Jesteśmy w lepszej sytuacji?
Nie. Oni grają też dla siebie. Nikt nie chce przegrywać, a belgijscy piłkarze to profesjonaliści.

To także jednak ludzie, którym może być po prostu trudno znaleźć motywację.
Zapewniam wszystkich, że oni też chcą uniknąć tłumaczenia się opinii publicznej w swoim kraju, dlaczego znowu przegrali. Każdy piłkarz woli wygrać, po to się gra w piłkę, by wygrywać. To są bardzo młodzi piłkarze. Doskonale wiedzą, że grają o miejsce w reprezentacji. Zabraknie ich na Euro 2008, ale chcą być na mistrzostwach świata 2010. Jestem przekonany, że nie zabraknie im motywacji.

Mówi się, że Rene Vandereycken jest świetnym taktykiem i będzie chciał wymyślić coś ekstra na Polskę.
Cóż, widziałem wszystkie mecze Belgów w tych eliminacjach i ani razu nie widziałem czegoś specjalnego. Oni też grają w jedenastu, mają bramkarza, czterech obrońców w linii, dwóch skrzydłowych i dwóch w środku, wreszcie dwóch z przodu. Nic specjalnego, prawda? Co innego dobór piłkarzy na te pozycje. Tu zobaczymy, ale nie sadzę, by Vandereycken mógł mnie czymś zaskoczyć. Prawda jest taka, że oni są już dawno wyeliminowani z walki o awans.

Czyli nie będzie niespodzianki?
Mnie już nic w tym zawodzie nie zaskoczy. Mogę was o tym zapewnić. Jesteśmy w każdym razie gotowi na wszystko. Na boisku będzie jedenastu na jedenastu...

Na dwunastu, my mamy dodatkowo naszych kibiców.
Dokładnie tak. Chorzów jest magiczny. W ogóle polscy kibice są absolutnie fantastyczni. Doping w Warszawie, Lizbonie czy Brukseli był niesamowity. To wielkie wzmocnienie zespołu.

W jednym z najnowszych wydań holenderskiego magazynu "Voetbal International" jest wywiad z panem. Mówi pan tam, że Polska ma szansę stać się w piłce jednym z ośmiu najsilniejszych krajów Europy.
Oczywiście, że tak. Macie wielu utalentowanych piłkarzy. Powtarzam to stale, nie tylko w reklamie. Ostatnio rozglądałem się po polskich boiskach jeszcze uważniej, bo w grudniu jedziemy z reprezentacją Ekstraklasy na zgrupowanie do Turcji, i tylko się utwierdziłem w tym przekonaniu. To jest niesamowite, jakie oni mają możliwości. Nie mówię o tym, jak oni teraz grają, tylko jak mogą grać w przyszłości. Widziałem kilku chłopaków z naprawdę ogromnym potencjałem. Osobną kwestią jest to, czy oni ten potencjał będą potrafili wykorzystać. Weźmy na przykład Zahorskiego, którego powoływanie tak krytykujecie. Nie wiem, czy kiedyś będzie miał pewne miejsce w reprezentacji. Ale na pewno ma takie możliwości. Czy będzie je umiał wykorzystać? Tego nie wiem, to nie zależy tylko ode mnie.

Co będzie ważniejsze przed meczem z Belgią. Odpowiednia taktyka czy motywacja?
To idzie w parze. Jeżeli jest doskonała taktyka, ale nie ma motywacji, to zapomnij o wygranej. I odwrotnie.

Ale na co będzie pan kładł większy nacisk?
To zależy od piłkarzy, od tego, czego im bardziej brakuje. Czasem musimy więcej uwagi poświęcić futbolowi jako takiemu, czasem więcej przygotowaniu fizycznemu, a w innej sytuacji - psychicznemu. Miałem oczywiście pomysł przygotowań do tego meczu. Zaplanowane były treningi, spotkania z drużyną, ale z drugiej strony wszystko było otwarte. Wiele rzeczy ujawnia się dopiero podczas zgrupowania. Muszę być elastyczny. Chłopaki przyjeżdżają, zaczynam ich obserwować, moje anteny idą w górę i wyłapują różne sygnały. Później siedzę nocą w pokoju i układam sobie to wszystko w całość. Następnego dnia już widzę, że z tym muszę pogadać, z tamtym pożartować i tak to się kręci.

Wszyscy pańscy piłkarze, czy to Polacy, czy Holendrzy, podkreślają, że jest pan właśnie świetnym motywatorem i psychologiem. Nie kończył pan psychologii przypadkiem?
Oczywiście, że nie. Nie potrzebuję podręcznikowej wiedzy. Patrzę i rozmawiam z piłkarzami. To wszystko. Mam pewne szczególne uzdolnienia i po czterdziestu latach praktyki dokładnie wiem, jak z nich korzystać.

Jak to działa? Jeżeli na przykład zawodnik jest spokojny i cichy, to trzeba z nim rozmawiać cicho i spokojnie?
To zależy. Jeżeli jest cichy i spokojny, bo jest leniuchem, muszę mu skopać tyłek. Nie ma żadnych reguł. Podstawa to poznać piłkarza. Zrozumieć go. Dlaczego zachowuje się w taki sposób, dlaczego dziś zrobił to i to, jak wygląda jego życie prywatne. Znaleźć klucz do niego.

Jeden z pańskich dawnych piłkarzy, John van Loen, powiedział nam, że inni holenderscy trenerzy robili długie dwu- trzygodzinne odprawy taktyczne. Mówił, że piłkarze na nich zasypiali. Pan podobno robi odprawę w dwadzieścia minut, kilka żartów i wszystko jest jasne.
Absolutnie jasne.... Nie pytajcie mnie jak to robię. Nie umiem tego wyjaśnić, ja to mam w sobie, w środku. To jest trudna sytuacja, bo wiem jak rozmawiać z każdym z nich, wiem, co do którego dociera, ale w tej jednej chwili przed meczem trzeba dotrzeć do wszystkich na raz! Czasem trzeba ich walnąć w głowy, czasem pocałować, jeszcze kiedy indziej powiedzieć coś, co wszystkich rozluźni.

Jest pan spontaniczny, czy wcześniej sobie planuje przemowy?
Jestem całkowicie spontaniczny. To wszystko kwestia uczuć.

Nigdy się pan nie myli?
Oczywiście, że tak. Każdy popełnia błędy. Na pewno i mi się zdarzyło nie trafić z przemową. Ale mimo wszystko jest to rzadkość. Tak samo miałem, gdy pracowałem w klubach i kupowałem piłkarzy. W sumie liczyło się tylko czucie, ten mój zmysł. Zlatana Ibrahimovicia widziałem po raz pierwszy, jak miał 19 lat. Nie oglądałem ani jednego meczu z jego udziałem, tylko półgodzinny trening. Ale czułem, że to mój facet. Wyłożyłem za niego 9 milionów euro, to był najwyższy transfer w historii Ajaksu.

Nawet pan wcześniej z nim nie rozmawiał?
Oczywiście, że rozmawiałem. Ale już po tym treningu. Już po tym jak wiedziałem, że to mój chłopak... Byłem całkowicie pewien, że to będzie świetny transfer. Na pierwszych treningach nie trafiał w ogóle w piłkę. Był koszmarny. W pierwszych kilku meczach gwizdało na niego 60 tysięcy ludzi. Na mnie też, że takie pieniądze na takiego piłkarza wydałem. A ja mówiłem: poczekajcie. Po czterech miesiącach zaczął grać, i to jak! Po dwóch latach był już w Juventusie Turyn. Teraz gra w Interze Mediolan i jest jednym z najlepszych piłkarzy w Europie. Nie pytajcie mnie jak to przewidziałem... To jest tak: prowadzisz samochód, a w tle gra sobie radio. Słyszysz je, ale nie słuchasz. Po prostu sobie gra. Nagle zaczyna się jakaś fajna piosenka i automatycznie zwiększasz głośność. Nie wiesz dlaczego, po prostu po kilku początkowych taktach, podkręcasz gałkę. I to jest to samo, co się dzieje ze mną i piłkarzami.

Tym się pan kieruje przy wysłaniu powołań do reprezentacji?
Tak. Mogę analizować je pod każdym kątem. Czy facet jest wysoki, czy niski, lewonożny, czy prawonożny, młody, czy stary, pracowity, czy leniwy, ładny, czy brzydki. Na końcu i tak liczy się tylko przeczucie.