Legia straciła 120 tysięcy euro
Legia Warszawa przegrała bezprecedensowy w historii polskiej piłki proces przed Sportowym Sądem Arbitrażowym w Lozannie (CAS). Chodziło o bezprawne rozwiązanie kontraktu z serbskim obrońcą Mirko Poledicą. Piłkarz wygrał odszkodowanie w wysokości ponad 120 tys. euro. Żeby odzyskać pieniądze, Poledica stoczył z Legią prawdziwą wojnę - czytamy w DZIENNIKU.
- Kluby dostaną odszkodowanie za Euro
- Legia lepsza od Wisły! Zobacz gole!
- Hiszpański gwiazdor Legii chce być jak Roger
- Prezes Legii wściekły na kibiców Lecha
- Arboleda chce grać dla Polski
- Martins Ekwueme opluty przez kibola Legii
- ITI przejmuje bankrutujący CWKS Legia
- Polacy znów w dół w rankingu FIFA
- Wielka kasa w polskiej ekstraklasie
- Matura bez bólu >>
Pogoda
POLSKA
Niedziela 2012-05-27

temp. min 3°C max. 22°C
opady:
śladowe opady
Twoje miasto:
Program TV
Sprawdź program swojej ulubionej stacji:
Awantura zaczęła się w styczniu 2006 r., kiedy Legia wystawiła Poledicę na listę transferową. Chętnych do odkupienia zawodnika nie było, więc klub próbował się go pozbyć w inny sposób.
"Przez trzy miesiące nie dostawałem pensji" – opowiada DZIENNIKOWI Poledica. "Zgodnie z przepisami FIFA skierowałem sprawę do PZPN z prośbą o rozwiązanie kontraktu z winy klubu. Moja wygrana wiązałaby się z tym, że Legia musiałaby wypłacić mi pieniądze za następny rok ważnego kontraktu. FIFA nakazała Legii uregulować wszystkie zaległości" – wspomina Poledica.
Piłkarz rozzłościł władze Legii i został przesunięty do rezerw. Musiał zostawać po treningach, choć inni piłkarze mogli jechać do domów. Poledica się nie buntował, bo wiedział, że klub szuka na niego haka. Z Jarosławem Ostrowskim, prawnikiem Legii ustalił, że jeżeli znajdzie nowy klub, Legia zapłaci mu 50 tysięcy euro, a z reszty pieniędzy zrezygnuję.
"Ostrowski przygotował aneks. Język polski znałem słabo, ale wychwyciłem zapis, że jeżeli znajdę klub <zostanie wypłacone odszkodowanie w wysokości 50 tysięcy euro>. Nie sprecyzowano jednak, kto komu ma zapłacić. Mój prawnik poprawił tę umowę i dopiero wtedy wyjechałem na testy do ukraińskiego Metalurga Zaporoże. Z transferu nic nie wyszło i to rozsierdziło działaczy Legii. Wezwano mnie na posiedzenie zarządu. Ostrowski wrzeszczał, że oszukałem go przy aneksie. Zapytałem, jak obcokrajowiec może oszukać prawnika przy podpisywaniu umowy w jego ojczystym języku. Ostrowski chciał za wszelką cenę wybielić się przed szefami. Były groźby i ubliżanie. Ostrowski zapowiedział, że jeżeli nie zgodzę się na jego warunki, to pożałuję. Nie lubię szantażu, więc odpowiedziałem: <W takim razie poczekam i zobaczę, co się stanie>. Legia jednostronnie rozwiązała mój kontrakt" – wspomina Serb.
Klub znowu zaczął robić Poledicy na złość. Kiedy przyjechał na Legię zabrać swoje rzeczy z szatni, ochroniarz nie chciał go wpuścić na stadion. Rozpoczęła się brudna gra.
– Ostrowski rozsyłał pisma, w których zarzucał mi, że na treningi przychodziłem pod wpływem narkotyków i alkoholu. Różnych ataków się spodziewałem, ale jeszcze nikt nigdy nie zrobił ze mnie narkomana i pijaka. Zapytałem Ostrowskiego, dlaczego mnie gnoi i traktuje jak śmiecia. Usłyszałem: „Takie jest życie, panie Poledica” – opowiada zdenerwowany zawodnik.
Legia uważała, że nie ma żadnych zobowiązań wobec Serba, tymczasem FIFA przyznała mu odszkodowanie w wysokości 60 procent kontraktu. Piłkarz postanowił jednak, że odzyska całą kwotę. Wpadł na pomysł skierowania sprawy do Sądu Arbitrażowego w Lozannie, gdzie Legia wcześniej przegrała spór z Moussą Ouattarą i straciła ok. 500 tys. euro.
"Dużo ryzykowałem, bo w przypadku odrzucenia mojej skargi, straciłbym wszystkie pieniądze plus 10 tys. euro za koszty procesu. Wynająłem prawnika w Szwajcarii. Po tym, jak zobaczył dokumenty, uspokoił mnie słowami: <Sprawa jest wygrana>. Razem z Ostrowskim na rozprawę przyleciał Michał Tomczak – były przewodniczący Wydziału Dyscypliny PZPN. Sprawę prowadziła trójka sędziów. Każda ze stron wybrała jednego, trzeci był z nadania Trybunału. Legia zgłosiła Marię Zuchowicz. Po kilku tygodniach dostałem werdykt. Legia musiała zapłacić ponad 120 tysięcy euro – czyli zaległy kontrakt, koszty przelotów do Szwajcarii, wynajęcie adwokata, a nawet rachunki za kawę, którą piłem w Lozannie! Poczułem ogromną radość i satysfakcję, że sprawiedliwość była po mojej stronie".











































Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!