Po niezwykle dramatycznym meczu lechici pożegnali się z europejskimi pucharami. O awansie Holendrów zadecydowały bramki strzelone na wyjeździe.

Pojedynek rozpoczął się fatalnie dla podopiecznych Nenada Bjelicy, którzy już w 45. sekundzie stracili gola. Dużo przed spotkaniem mówiło się o koncentracji, ale tej zabrakło środkowym obrońcom Lecha, którzy pozwolili wyskoczyć do piłki Gyrano Kerkowi. Pomocnik gości głową pokonał Matusa Putnocky’ego, a to oznaczało, że "Kolejorz" by awansować, musiał strzelić dwa gole.

Ponad 33-tysięczna widownia wcale nie ucichła, ale jeszcze głośniej zachęcała poznaniaków do walki. Piłkarze Lecha też zareagowali prawidłowo, bowiem zepchnęli rywali do defensywy. Przebojowy i niezwykle szybki Maciej Makuszewski rajdami prawą stroną boiska próbował rozmontować obronę gości, brakowało jednak dokładności.

W 26. min Radosław Majewski oddał anemiczny strzał na bramkę Jensena. Piłka trafiła nieoczekiwanie pod nogi Christiana Gytkjaeara, a ten z bliska dopełnił formalności. Główny arbiter Mads-Kristoffer-Kristoffersen, rodak strzelca gola, wskazał na środek boiska, a nie powinien, bowiem napastnik Lecha był na pozycji spalonej.

Wyrównująca bramka niesamowicie podkręciła gospodarzy, którzy niesieni dopingiem szybko chcieli dołożyć kolejnego gola. Może nawet czasami za szybko, bowiem w niektórych sytuacjach zawodnicy powinni wykazać się większą cierpliwością. Z drugiej strony piłkarze Utrechtu wyraźnie nie nadążali za akcjami gospodarzy, przy licznych wrzutkach Makuszewskiego czy Mario Situma obrońcy gości byli momentami zagubieni.

Holendrzy, którzy w pierwszym spotkaniu na własnym stadionie przez 90 minut nie potrafili zagrozić bramce Lecha, w Poznaniu zagrali zdecydowanie groźniej w ofensywie. W 41 min Urby Emanuelson dostał idealne podanie w polu karnym, miał odsłoniętą praktycznie całą bramkę, ale minimalnie przestrzelił.

Po zmianie stron spotkanie nie straciło na widowiskowości. Dość nieoczekiwanie Utrecht postanowił sam wziąć sprawy w swoje ręce i kilkakrotnie pod bramka Putnocky’ego było gorąco. Gospodarze mogli mówić o szczęściu, gdy słowacki golkiper beztrosko opuścił swoją "świątynię", ale rywale nie potrafili celnie strzelić. Chwilę później piłka ugrzęzła w bramce Lecha, jednak arbiter dopatrzył się faulu na Rafale Janickim. Na listę strzelców ponownie mógł spisać się Kerk - w sytuacji sam na sam trafił w boczną siatkę.

"Kolejorz" otrząsnął się w kilkuminutowej przewagi FC Utrecht i znów przeniósł grę na połowę przeciwnika. Kolejne światełko w tunelu zapaliło się 20 minut przed końcem meczu, kiedy to w 70. drugą żółtą kartkę otrzymał Ramon Leeuvin. Grający w przewadze lechici nie potrafili jednak poważniej zagrozić bramce Jensena.

Trener Bjelica w końcówce postawił wszystko na jedną kartę desygnując na boisko napastników Nicki Bille Nielsena i Denissa Rakelsa w miejsce defensywnych zawodników Abdula Aziza Tetteha i Emira Dilavera. Z optycznej przewagi poznaniaków niewiele wynikało poza jedną okazją Gytkjaera.

Minutę przed upływem regulaminowego czasu gry poznańskim stadion po raz pierwszy zamilkł. Piłkę na własnej połowie w dziecinny sposób stracił Wołodymyr Kostewycz, Holendrzy przeprowadzili błyskawiczną kontrę i Sander Van De Streek z bliska rozwiał resztki nadziei gospodarzy. Te wprawdzie przywrócił Gytkajer cztery minuty później, ale na zdobycie trzeciej bramki zabrakło już czasu.

Lech Poznań - FC Utrecht 2:2 (1:1)
Bramki: 0:1 Gyrano Kerk (1-głową), 1:1 Christian Gytkjaer (26), 1:2 Sander Van De Streek (89), 2:2 Christian Gytkjaer (90+3)
Żółte kartki: Lech – Nikola Vujadinovic, Mario Situm, Nicki Bille Nielsen; FC Utrecht – Willem Janssen, Mark van der Maarel, Ramon Leeuvin, Yassine Ayoub
Czerwona kartka: FC Utrecht - Ramon Leeuvin (za drugą żółtą w 70 min)
Sędziował: Mads-Kristoffer-Kristoffersen (Dania)
Widzów: 33 446