"Barca" jest niepokonana w La Liga od 8 kwietnia 2017, kiedy - jeszcze w poprzednich rozgrywkach - na wyjeździe uległa 0:2 zajmującej obecnie ostatnie miejsce Maladze. Wciąż śrubuje klubowy rekord, a jeśli nie przegra za tydzień z Leganes, to wyrówna rekord rozgrywek, który od 1980 roku wynosi 38 i należy do Realu Sociedad San Sebastian.

W sobotę do 88. minuty gry wszystko wskazywało na to, że licznik meczów bez porażki zatrzyma się na 36. Pewnie zmierzająca po 25. mistrzostwo Hiszpanii drużyna ze stolicy Katalonii przegrywała bowiem 0:2 i wydawało się, że zostanie zatrzymana na stadionie Sevilli, która w ostatnich tygodniach była chwalona za występy w Lidze Mistrzów, gdzie awansowała do ćwierćfinału eliminując Manchester United, a krytykowana za postawę na krajowym podwórku.

Przed przerwą prowadzenie gospodarzom zapewnił Włoch argentyńskiego pochodzenia Franco Vazquez, a w 50. minucie rezultat podwyższył Kolumbijczyk Luis Muriel.

Wtedy trener Ernesto Valverde zdecydował się wpuścić na boisko Lionela Messiego, który nie w pełni sił pojechał na zgrupowanie reprezentacji i nie zagrał w towarzyskich potyczkach Argentyny.

Dwie minuty przed końcowym gwizdkiem w roli głównej wystąpił jednak urugwajski napastnik Barcelony Luis Suarez, ale już po niespełna minucie precyzyjnym strzałem z 18 metrów popisał się Messi i zrobiło się 2:2.

>>>Sevilla - Barcelona 2:2. Zobacz gole

"Messi - wskrzesiciel" - napisała tuż po zakończeniu spotkania "Marca", a "As" podsumował: "Kolejny cud Messiego".

Argentyńczyk z 26 golami otwiera klasyfikację najskuteczniejszych w hiszpańskiej ekstraklasie, a Luis Suarez trafił po raz 22. w sezonie i zajmuje w niej drugie miejsce, ex aequo z Cristiano Ronaldo.

Portugalczyk był jednym z kilku podstawowych piłkarzy, bez których Real Madryt poleciał na Wyspy Kanaryjskie. Trener Zinedine Zidane pozwolił mu odpocząć przed wtorkowym pojedynkiem z Juventusem Turyn w ćwierćfinale Ligi Mistrzów. Z tego samego powodu zabrakło Niemca Toniego Kroosa czy Brazylijczyka Marcelo, a Sergio Ramos i Isco leczą niegroźne urazy. Z kolei Dani Carvajal pauzował za kartki.

>>>Las Palmas - Real Madryt 0:3. Zobacz gole

Nie przeszkodziło to "Królewskim" w odniesieniu pewnego zwycięstwa. Dwa gole, w tym jednego z rzutu karnego, zdobył Walijczyk Gareth Bale, a jednego, także z "jedenastki", Francuz Karim Benzema.

Zidane'a mogła tylko zmartwić kontuzja uda obrońcy Nacho Fernandeza, który z tego powodu jeszcze przed przerwą opuścił plac gry, ale po meczu przyznał, że bardziej był to wyraz ostrożności niż konieczność.

"To był trudny mecz, bo nie jest łatwo wrócić do ligowej rzeczywistości po tym, jak większość zespołu rozjeżdża się na spotkania drużyn narodowych. Myślę, że odnieśliśmy ważne zwycięstwo, szczególnie w perspektywie wtorkowej potyczki w Turynie" - skomentował pomocnik Lucas Vazquez.

Podobny pogląd wyraził Zidane. "Dobrze, że w miarę szybko zdobyliśmy bramki, bo byłoby jeszcze trudniej. Przeciwnik potrzebuje punktów, broni się przed spadkiem, a takie zespoły zawsze sprawiają problemy" - wspomniał francuski szkoleniowiec.

Real traci punkt do lokalnego rywala - Atletico, które w niedzielę podejmie Deportivo La Coruna Przemysława Tytonia. Za tydzień stołeczne ekipy zmierzą się na Santiago Bernabeu. "Królewscy" już trzy razy w tym sezonie wygrywali cztery spotkania z rzędu, łącznie z sobotnim, ale w dwóch poprzednich przypadkach nie przedłużyli serii do pięciu.

Na czele pewnie nadal Barcelona, która o 12 punktów wyprzedza Atletico i o 13 broniący tytułu Real.