Seria zwycięstw polskiej reprezentacji to bardziej zasługa nowego trenera Marco Bonitty czy drużyny?
Nasz włoski trener tchnął w nas nowego ducha. To świetny szkoleniowiec, mistrz strategii. Gra z nami cały mecz chodząc od linii do linii. Bardzo przeżywa naszą grę. Podczas przerw technicznych może się wydawać, że nie wszystko dziewczyny rozumieją, co mówi, ale jego trzy-cztery wskazówki wystarczają, byśmy wiedziały jak mamy grać. Nawet w Rzeszowie wiedziałyśmy, że zwycięstwa będą. Potrzebowałyśmy tylko trochę czasu. Paradoksalnie, w Polsce grało nam się najtrudniej, bo ze strony publiczności była dodatkowa presja. Potem, po pierwszej wygranej z Włoszkami, było już łatwiej.

Zwycięstwa nad takimi potęgami jak Chiny i Rosja robią jednak wrażenie. To znaczy, że mamy już tak świetną drużynę?
Jeszcze sporo pracy przed nami. Na pewno jednak te wygrane nie były przypadkowe. Jesteśmy przekonane, że wspólnie z Bonittą idziemy dobrą drogą. Bo nawet mimo zmęczenia potrafimy wychodzić zwycięsko z trudnych sytuacji.

Który mecz ma pani na myśli?
Ten z Japonią. Gospodarze grali nie fair, mocno dali nam się we znaki. Podczas spotkania wyłączyli prąd naszemu statystykowi, by nie mógł korzystać z laptopa. Miejscowa telewizja robiła zbliżenia tablicy, na której Marco Bonitta pokazywał, w którą strefę mamy serwować. Na telebimie rywalki miały naszą taktykę, jak na dłoni. A pomyłki sędziów były karygodne.

Ale to nie podłamało zespołu...
Bo nie ma takiej rzeczy, która by nas załamała. W Hongkongu przeżyłyśmy tajfun, w Osace ogromne upały. Japończycy przeszkadzali nam jak mogli, ale my to wszystko pokonałyśmy. Najbardziej zadowolone jesteśmy jednak z tego, że przezwyciężyłyśmy własne słabości, bo już naprawdę jesteśmy bardzo zmęczone. Od dwóch miesięcy jesteśmy razem ze sobą, ciężko pracujemy i czasami trudno to wytrzymać.

Teraz musicie zagrać jeszcze pięć spotkań z rzędu. Dacie radę?
Wiemy, że apetyty kibiców rosną, ale nasze również. Inne zespoły też już są zmęczone, choć akurat Chinki oszczędzały siły na finały. W końcu turniej jest u nich. Pokonałyśmy je jednak, podobnie jak Rosjanki i Włoszki. Holenderki też są w naszym zasięgu. Dlaczego więc nie mamy odnieść kolejnych zwycięstw? Wszystko jest możliwe. Na pewno nie zadowolimy się samym awansem do finału.

Pierwszy rywal to Brazylijski. Z nimi nie udało się wam jeszcze wygrać. Jak będzie tym razem?
Powiem tak: z Chinkami też nie było wcześniej zwycięstwa, a jednak pokonałyśmy je na ich terenie. Brazylię kiedyś trzeba pokonać. Obejrzymy na wideo ich mecze, a Bonitta na pewno znajdzie odpowiednią taktykę. W Ningbo chcemy pokazać, że dotychczasowe wygrane nie były przypadkowe.

Ostatni mecz w grupie, z Kazachstanem, to była trochę męczarnia w waszym wykonaniu. Może jednak zmęczenie jest już zbyt duże?
To nie tak. Mamy problem w meczach, w których jesteśmy faworytkami. Wówczas wkrada się w nasze głowy jakaś dekoncentracja. Próbujemy się pobudzać, ale nie zawsze to wychodzi. Za to im trudniejszy rywal, tym lepiej nam się gra. W finałowym turnieju nie będziemy faworytkami. To nas cieszy. Po ostatnich meczach widać chyba, że nieźle nam wychodzą potyczki z potęgami. Nie po to wygrałyśmy sześć ostatnich meczów, by teraz spuścić głowy. To jest historyczny awans i każde zwycięstwo będzie niezwykle cenne.