Polacy dzień wcześniej pokonali Argentyńczyków 3:0 i zrobili duży krok w kierunku turnieju finałowego. Po piątkowej porażce siódmych w tabeli Włochów z Rosją 0:3 w Modenie wiadomo było, że podopieczni trenera Vitala Heynena potrzebują już tylko jednego punktu, by zapewnić sobie udział w lipcowej imprezie w Lille.

Nie udało im się jednak zdobyć go w pojedynku z "Canarinhos", którzy są - przynajmniej teoretycznie - ich najtrudniejszym rywal w Melbourne. W ubiegłym tygodniu co prawda słabo spisali się w Warnie (wywieźli stamtąd tylko punkt), ale w Australii potwierdzili powrót do lepszej dyspozycji. Złożony z młodych zawodników polski zespół przez trzy sety prowadził dość wyrównaną walkę z mistrzami olimpijskimi z Rio de Janeiro, ale to było za mało, by zdobyć upragniony punkt.

Heynen w swoim stylu w porównaniu z pojedynkiem z Argentyną wymienił niemal całą wyjściową "szóstkę". Drugi dzień z rzędu znaleźli się w niej tylko środkowy Jakub Kochanowski i libero Paweł Zatorski.

W sobotę u biało-czerwonych dobrze funkcjonował blok. Zdobyli dzięki skuteczności w tym elemencie 13 punktów, podczas gdy Brazylijczycy tylko dwa. Atutem rywali była jednak bardzo mocna zagrywka - zdobyli bezpośrednio dzięki niej siedem punktów. Jedynego asa po stronie Polaków zanotował Mateusz Mika.

Potężnymi serwisami ekipę Heynena nękali od początku przede wszystkim Eder Carbonera i Lucas Loh. W pierwszej części inauguracyjnej odsłony mimo problemów z przyjęciem po bloku często z powodzeniem atakował Artur Szalpuk. dobrze radził sobie także Maciej Muzaj. M.in. ich skuteczności biało-czerwoni na pierwszą przerwę techniczną schodzili przy prowadzeniu 8:5.

Głównie za sprawą zagrywek Ederea rywale zdołali jednak doprowadzić do remisu. Przez dłuższy czas trwała walka "punkt za punkt". Autowe ataki Polaków i wykorzystane kontry "Canarinhos" sprawiły, że od stanu 22:22 dorobek w tej partii powiększali już tylko ci drudzy. Heynen miał w końcówce zastrzeżenia do poprawności dokonania zmiany u przeciwników, ale jego wywód nie przyniósł żadnego skutku.

Druga partia zaczęła się pomyślnie dla biało-czerwonych - prowadzili 10:6. Ponownie jednak we znaki dała im się zagrywka rywali i na tablicy wyników pojawił się remis 12:12. Heynen dokonywał zmian, ale pozwoliło to tylko na prowadzenie wyrównanej walki. Co prawda Belg w końcówce wykazał się czujnością - po jego interwencji i challenge'u sędzia zmienił pierwotną decyzję i przyznał punkt Polakom (21:22), ale od stanu 23:23 dwa decydujące punkty zdobyli Brazylijczycy, w czym duży udział miał wprowadzony nieco wcześniej Leonardo Nascimento.

Biało-czerwoni, dopingowani przez miejscową Polonię, nie spuścili głów w kolejnym secie - wciąż trzymali się blisko drużyny z Ameryki Południowej (15:15, 19:19). Na boisku pojawił się m.in. kapitan Mateusz Bieniek. Tym razem wystrzegali się w końcówce błędów z poprzednich odsłon i zmniejszyli stratę w całym meczu. W czwartej partii przez dłuższy czas nie mieli już jednak zbyt wiele do powiedzenia i stanowili tylko tło dla rywali, którzy wrócili do lepszej gry. "Canarinhos" prowadzili już 20:15. W końcówce zmniejszyli stratę o kilka punktów, ale doprowadzić do wyjątkowo cennego tie-breaka już nie byli w stanie.

Brazylijczycy są już pewni występu w Final Six.

W niedzielę - na koniec występu na antypodach - Polacy zagrają z gospodarzami. Być może z awansu do turnieju finałowego będą się jednak cieszyć jeszcze w sobotnim wieczór. Wystarczy, że ekipa Italii straci punkt w pojedynku z Francją.

Polska - Brazylia 1:3 (22:25, 23:25, 25:23, 23:25)
Polska: Maciej Muzaj, Artur Szalpuk, Batłomiej Lemański, Jakub Kochanowski, Marcin Janusz, Mateusz Mika, Paweł Zatorski (libero) oraz Aleksander Śliwka, Łukasz Kaczmarek, Grzegorz Łomacz, Mateusz Bieniek
Brazylia: Bruno Rezende, Isac Santos, Eder Carbonera, Lucas Loh, Wallace De Souza, Mauricio Silva, Thales Hoss (libero) oraz Evandro Guerra, Leonardo Nascimento, William Arjona, Otavio Pinto