Dziennik.plSport

Czwartek, 16 lutego 2012

Imieniny: Danuty, Julianny, Daniela

Pogoda: Warszawa Dziś

temp. -4°C

Ekspres do kawy za olimpijski brąz

2010-02-02 | Ostatnia aktualizacja: 21:30 | Komentarze: 0 | skomentuj

Za zdobycie medalu olimpijskiego dostałam dwie średnie pensje. Zakład pracy nie dał mi podwyżki ani nagrody pieniężnej. Powiedzieli, że jeśli ktoś wraca z USA, to mu nie potrzeba żadnych nagród - opowiada Helena Pilejczyk, łyżwiarka szybka, brązowa medalistka ze Squaw Valley.

Pogoda

POLSKA

Czwartek 2012-02-16

temp. min -14°C max. 2°C
opady: niewielkie opady

Twoje miasto:

Program TV

Sprawdź program swojej ulubionej stacji:

ROBERT PIĄTEK: 50 lat po Squaw Valley znów leci pani za ocean na igrzyska olimpijskie. Tym razem jako gość honorowy polskiej ekipy. To wyjazd tylko dla przyjemności, czy też będzie miała pani jakieś obowiązki?
HELENA PILEJCZYK*: Na razie nie wiem, pewnie wszystkiego dowiem się na miejscu. Wiem tylko, że jadę z grupą sponsorską. Wylatuję 10 lutego o godzinie 12.20 z lotniska Okęcie i wracam 20 lutego.

Skąd się wzięło to zaproszenie?
Przez lata wiele razy mówiło się o tym, że łyżwiarki medalistki pojadą na olimpiadę, byłyśmy brane pod uwagę, ale później wszystko się rozmywało. Teraz, ponieważ jest 50. rocznica zdobycia mojego medalu, zwróciłam się do sekretarza generalnego PKOl z pytaniem, czy mogłabym w tę rocznicę jechać na olimpiadę. I pan Adam Krzesiński powiedział: "Pani Heleno, dobrze, że pani nam o tym przypomniała". Potem dowiedziałam się, że pan Piotr Nurowski, prezes PKOl, zatwierdził moją kandydaturę i pojadę na tę olimpiadę, z czego ogromnie się ucieszyłam.

Jest pani w znakomitej formie, uśmiechnięta, pogodna. Pewnie ma być pani dobrym duchem reprezentacji.
Ja lubię ludzi. Z przyjemnością będę dopingowała całą ekipę. Oczywiście najbardziej łyżwiarzy szybkich, bo oni są najbliżsi mojemu sercu. I będę chciała zobaczyć jak najwięcej. Biorę ze sobą aparat, żeby nie było tak, jak w Squaw Valley, że mam dosłownie ze trzy zdjęcia na pamiątkę. Dzisiaj jest to nie do pomyślenia, ale wtedy nikt z naszej ekipy nie miał aparatu.

Poznała pani kogoś z naszych reprezentantów?
Justynę Kowalczyk spotykałyśmy się na piknikach olimpijskich. Przesympatyczna dziewczyna. Uśmiechnięta, bezpośrednia, nie widać po niej śladu gwiazdorstwa. A jest królową naszej ekipy.

Na kogo poza nią pani liczy?
Czasem jest tak, że nie słychać o jakimś zawodniku, a potem okazuje się, że jest to bomba, rewelacja. Tak było w Squaw Valley z Elwirą Seroczyńską. Mam nadzieję, że w naszej ekipie trafi się taki czarny koń. Bardzo bym chciała, żeby zwyżkowała forma Małysza. Ale troszkę boję się o niego. Młodzież nie ma żadnych oporów, jednak zawodnik utytułowany zawsze myśli o tym, żeby nie zawieść. Ja też w Squaw Valley byłam trochę spięta. Przed olimpiadą były mistrzostwa świata, gdzie byłam druga na 1000 m, i było to dla mnie jakimś obciążeniem psychicznym. Z jednej strony jedziesz i wiesz, że na ciebie liczą, z drugiej czytasz w prasie: po co one jadą. Bo nie wszyscy w nas wierzyli.

czytaj dalej

rozmawiał Robert Piątek
Źródło: Dziennik.pl
1234następna »

Uwaga, Twój komentarz może pojawić się z opóźnieniem do 10 minut.
Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!
Walentynki w
Dziennik.pl Walentynki w Dziennik.pl

Najczęściej komentowane

«