Planica, marzec 2011 roku. Ostatni konkurs Pucharu Świata w sezonie. Wygrywa Stoch, trzeci jest Małysz. Następuje zmiana warty w polskich skokach. Ale czy na pewno?

Kamil boi się stwierdzenia "następca Adama", dlatego nie będę go używał. Ale ten obowiązek spada teraz na niego i będzie musiał przejąć ode mnie pałeczkę – powiedział sześć lat temu Małysz.

Sportowo na pewno mu się udało. Od tego czasu Stoch zdobył dwa złote medale olimpijskie, cztery raz stanął na podium mistrzostw świata, w tym dwukrotnie - raz indywidualnie i raz w drużynie - na najwyższym stopniu, wygrał Turniej Czterech Skoczni i triumfował w Pucharze Świata. Można się spierać, kto ma większe sukcesy na koncie. Nie ma jednak żadnych wątpliwości, kto cieszy się większym uwielbieniem kibiców. Idolem pozostaje Małysz.

Nigdy nie będę taki jak Adam. Jestem Kamilem Stochem i próbuję być sobą. Adam pozostanie zawsze Adamem i nikt nie będzie mógł go zastąpić – powtarza na każdym kroku Stoch.

I faktycznie tak chyba jest. Małysz to instytucja. "Król Adam IV" – jak nazywają go nadal kibice. "Był jak rosół w niedzielę" – mówią inni. Ci, co wychowali się na jego sukcesach, mają wiele wspomnień. Wszystkie są pozytywne.

Pamiętam, że jak stawał na podium, to mój tata przez cały dzień chodził i sobie podśpiewywał. Nic innego nie sprawiało mu tyle radości – wspomina jeden z fanów. On był mały, jak Małysz odnosił sukcesy, ale doskonale to pamięta. Teraz przyjeżdża na zawody w skokach narciarskich ze swoimi dziećmi – 4-letnim Patrykiem i 6-letnią Anią. Oni już nie pamiętają czasów "Orła z Wisły". Na pytanie, czy kojarzą to nazwisko, zgodnie odpowiadają: "Oczywiście!".

Był moment, kiedy wszystko się z nim kojarzyło. Wiele rzeczy robiło się +na Małysza+, a gra +skijumping+ biła rekordy popularności. Każdy chciał choć przez chwilę być Małyszem – wspomina Tomasz z Warszawy.

Małysz nie siada już na belce. Nie oddaje skoków, nie bije kolejnych rekordów, ale nadal jest uwielbiany. Kibice za nim chodzą, proszą o autografy i zdjęcia. Przed zakończonym w niedzielę sezonem Pucharu Świata wrócił do związku w roli dyrektora sportowego. Znowu zaczął pojawiał się na skoczniach, ale w innej roli. I to znowu on wzbudzał największe emocje kibiców.

Bischofshofen, styczeń 2017. Kończy się historyczny dla Polski Turniej Czterech Skoczni. Wygrywa Stoch, drugie miejsce zajmuje Piotr Żyła. Fani szaleją, duża grupa przedziera się do zawodników, którzy udzielają wywiadów. Nagle na drodze staje im Małysz. Przystawia palec do ust, pokazuje, że potrzebna jest cisza. Grupa staje i milczy. Kończą się okrzyki. Bo Małysza trzeba słuchać... Kilka chwil później kibice proszą o zdjęcie. Nie Stocha, nie Żyłę, ale Małysza.

Musimy pamiętać, że sukcesy, jakie odnosił Adam przez wiele lat były w momencie przemian ustrojowych i ekonomicznych w Polsce. To był taki okres, gdzie Polacy łaknęli sukcesów w jakiejkolwiek dziedzinie. A w sporcie najlepiej dochodzi do integracji. Wszyscy kibicują jednej osobie, nie ma różnic politycznych. A jeszcze spektakularność wyników sprawiła, że to wszystko podniosło Polaków na duchu – tłumaczy prezes PZN Apoloniusz Tajner, który był także trenerem "Orła z Wisły".

Dodał, że na ten temat powstało mnóstwo badań, a "Małyszomania" została oceniona jako zjawisko socjologiczne.

Spotykaliśmy się z setkami Polaków za granicą, którzy z płaczem podchodzili do nas i nam dziękowali. Nie mogli się już doczekać, jak wrócą do pracy i zapytają się swoich austriackich bądź niemieckich szefów, czy oglądali skoki. Z dumą opowiadali o sukcesach ich rodaka – wspomina Tajner.

Małysz to instytucja. I wiedzą o tym wszyscy. W weekend spiker w Planicy codziennie witał go słowami: "Dzień dobry Adam Małysz", a wówczas trybuny huczały od oklasków. Nie tylko Polacy, ale także Niemcy, Austriacy, Słoweńcy... Wszyscy znają Adama Małysza.