Bernadette McDonald to kanadyjska pisarka, która zyskała w Polsce sympatię i sławę dzięki książce "Freedom Climbers" ("Ucieczka na szczyt"). Na koncie ma także bestsellery, jak "Tomaž Humar" (2008) i "Alpejscy wojownicy" (2015), tłumaczone na wiele języków i często nagradzane. "Kurtyka. Sztuka wolności", która na polskim rynku ukazała się kilka dni temu, została nagrodzona w prestiżowym międzynarodowym konkursie literatury górskiej Banff Mountain Book 2017 w kategorii non fiction, nagroda National Outdoor Book Awards 2017 w kategorii historia/biografia oraz The Boardman Tasker Award 2017.

Obserwowała pani to, co działo się na Nanga Parbat?

Oczywiście.

Jakie są pani refleksje?

To bardzo emocjonująca a zarazem dramatyczna sytuacja. To historia wielkiej tragedii Tomka i wielkiego tryumfu Elisabeth, której ocalono życie. To też niesamowity zbieg okoliczności, że w tym samym miejscu na świecie, w tym samym kraju, na sąsiedniej górze zaaklimatyzowani byli wspinacze, którzy mogli podjąć akcję ratunkową.

Było coś, co irytowało panią w komentarzach na temat tego jak ta akcja przebiegła?

Nie czuję irytacji, ale ogromny smutek i nie dotyczy on pojawiających się opinii, tylko tego zdarzenia. Taki jest jednak himalaizm. To, co się tam wydarzyło czasem niestety staje się jego częścią. Takie sytuacje mają miejsce, co pewien czas i dotyczą wielu ludzi, którzy pokochali góry i którzy w nich na zawsze zostali.

Obserwuje pani himalaistów od kilkudziesięciu lat. Gdyby miała pani wytłumaczyć zwykłemu człowiekowi, po co to robią...

Zgadzam się z tym, że jest to trudne do zrozumienia dla kogoś, kto się nie wspina, ale gdy zaczynasz to robić, jesteś alpinistą albo himalaistą wytłumaczenie staje się dużo prostsze a może w ogóle nie jest potrzebne.

To pasja a może raczej uzależnienie?

Nie lubię słowa "uzależnienie" i nie nazywałabym tego w ten sposób. Pasja o wiele bardziej oddaje sens wspinaczki. Ci, którzy chodzą w góry regularnie, którzy robią to "dzień w dzień", zaczynają się w tym po prostu zakochiwać. Mają przed oczami najbardziej niesamowite widoki, pokonują granice, walczą ze swoimi słabościami, zdobywają kolejne szczyty. Ktoś zapewne powie, że można to robić realizując się na innych płaszczyznach, mniej niebezpiecznych. Owszem. Ale ludzie gór wybrali właśnie taką a nie inną drogę. Ich pasją, tym, co daje im poczucie spełnienia jest bliski kontakt z naturą, zbieranie doświadczenia podczas wspinaczki, praca z grupą zaufanych partnerów, którzy dbają o siebie nawzajem. To sprawia, że chce się to wciąż powtarzać a projekty, w które się wchodzi są coraz bardziej złożone. Choć zdarza się, że muszą podejmować tak trudne decyzje jak to zrobiła Elisabeth.

To bliskie obcowanie z naturą mami ich aż tak, że zapominają o codzienności? Rodzinach, żonach, dzieciach, którzy gdy im się coś stanie, zostaną sami, często bez środków do życia?

Oczywiście to jest druga strona tego medalu. Nie nazwałabym jej zapomnianą, ale zaniedbaną. Jako pisarka i dziennikarka, która zgłębia ten temat od kilkudziesięciu lat, widziałam nie raz te żony i dzieci, które czekają na swoich wspinających się mężów, ojców, nie dwa, czy trzy dni, ale często kilka tygodni a nawet miesięcy. To nie jest tak, że żadna ze stron nie ponosi kosztów i konsekwencji tej pasji. Kiedy pisałam o słoweńskich himalaistach, w pewnym momencie zorientowałam się, że każda z moich kolejnych rozmówczyń to kobieta, której góry zabrały męża. Uzmysłowiłam sobie, że w pewnym sensie podążam szlakiem wdów po wspinacach. Dla mnie to było bardzo szczególne, symboliczne, ale też uderzające doświadczenie.

Jak przeżywały tę żałobę?

Była w tym jakaś wspólna nić, ale to przede wszystkim bardzo silne kobiety. Miały niezwykle, wręcz ekstremalnie silne charaktery. Oczywiście nie każda z nich radziła sobie z żałobą w ten sam sposób. Niektóre stawały się opiekunkami dziedzictwa swoich partnerów, dbały o kultywowanie pamięci o nich, ale były też takie, które po prostu żyły dalej. Często tak samo, jak żyły, gdy ich mężowie, partnerzy się wspinali. Pamiętam rozmowę z synem jednego z zaginionych himalaistów. Stwierdził, że po śmierci ojca, tak naprawdę niewiele się zmieniło, bo przed tragedią ojca również często nie było w domu a relacje między nimi nie były przez to intensywne.

Pamiętam wspomnienia żony Jerzego Kukuczki, która wyznała, że na wakacjach byli jeden raz, a nawet, gdy na nie pojechali to on nawet wtedy poszedł się wspinać. Wyobrażam sobie, że w dużym stopniu to rodzina musi się dopasować do tej pasji.

Rodziny na pewno poświęcają bardzo dużo dla pasji himalaisty. Dosyć często muszą zawiesić swoje marzenia i pragnienia na dłuższy czas, bo akurat organizowana jest jakaś wyprawa. Myślę jednak, że tak samo żyją rodziny muzyków klasycznych albo tancerzy baletowych. Tu także rodzinne plany podporządkowane są karierze, temu skupieniu uwagi na talencie i rozwoju tej osoby.

Ale…

Wiem, co chce pani powiedzieć, że ryzyko jest zdecydowanie mniejsze. Zdecydowanie tak. Wspinacze ryzykują świadomie a ta walka rozgrywa się u nich na wielu poziomach. Z jednej strony na poziomie ciała, z drugiej to pewnie posiadanie umiejętności zarządzania ryzykiem, co objawia się m.in. w tym, że stają się ekspertami od pogody, przewidują jak mogą zachować się skały, jak radzić sobie ze śniegiem, czy deszczem albo jak uniknąć kontuzji.

Mówi się, że ci, którzy chodzą w góry przed czymś uciekają. Tak uważali ci, którzy znali Tomasza Mackiewicza.

Myślę, że powodów jest wiele. Każdy ma zapewne swój własny i jest ich tak wiele jak wielu jest wspinaczy. Czasem to ucieczka od, a czasem do czegoś. Moja najnowsza książka poświęcona jest Wojtkowi Kurtyce. Mam wrażenie, że on chodził w góry, aby wyrazić siebie. To był w jego przypadku największy z możliwych wyraz siebie samego i jego kreatywności.

Dlaczego właśnie Kurtykę wybrała pani na bohatera?

Moja poprzednia książka dotyczyła polskich himalaistów. Już wtedy Wojtek wydał mi się największą postacią, jaką kiedykolwiek spotkałam w tym środowisku. Chciałam go lepiej poznać, dowiedzieć się jak myśli o górach. Bardzo mnie zafascynował. Ma nietypowe przemyślenia i spojrzenie zarówno na temat alpinizmu, jak i życia. A do tego oczywiście wiele osiągnięć na swoim koncie.

Jakie jest to nietypowe podejście?

Ma piękny styl wspinania się, ale do tego sportu podchodzi również od strony duchowej i intelektualnej. Jest bardzo wrażliwym człowiekiem.

A czym wyróżniał się jego styl wspinania?

Zawsze wyprzedzał swój czas. To, w jaki sposób wspinał się w górach w latach 70. i 80. nazwano stylem alpejskim obecnie uprawianym znacznie szerzej. Wojtek nazywał to swoje wspinanie "byciem spuszczonym ze smyczy". Nie lubił tego określenia "styl alpejski", choć przecież był pionierem tej techniki. Dla niego zawsze brzmiało to, jak termin, którego mógłby używać profesor ekonomii.

Styl alpejski, nazywany też slangowo stylem "na lekko" – taktyka stosowana przy zdobywaniu wysokich gór (5–8 tysięcznych, na które nie da się wejść i zejść w ciągu jednego dnia od bazy głównej), przede wszystkim w himalaizmie. Nazwa pochodzi od sposobu wchodzenia na szczyty w Alpach, gdzie zazwyczaj atak szczytowy odbywa się w ciągu jednej doby, co umożliwia ograniczenie ilości dźwiganego sprzętu (brak ciężkiego sprzętu biwakowego) i zwiększenie w ten sposób szybkości zespołu.

Który moment w karierze Kurtyki był tym najbardziej niebezpiecznym?

Najbardziej dramatyczna była historia z Gaszerbrum. Na ten szczyt wspinał się wraz z Robertem Showerem. Obydwaj zostali zaskoczeni przez burzę śnieżną, nie mieli jedzenie, wody ani paliwa. Siedzieli i czekali, rozmawiali o śmierci. Gdy udało im się przetrwać zawieruchę, wiele godzin zajęło im zejście z góry. Wojtek wspominał, że mieli halucynacje. To, co działo się w ich głowach było bardzo ciekawe. Czuli obecność trzeciej osoby, która mówiła im jak mają się poruszać, co robić. Wiele osób opowiada o tych halucynacjach. Elisabeth Revol też o nich wspominała.

Obserwuje pani polski himalaizm od kilkudziesięciu lat. Jakie różnice dostrzega pani między tymi, którzy wspinali się w latach 80. a tymi, którzy robią to teraz?

Jest ich bardzo wiele. Podstawowa to chyba ta, że zmieniła się sytuacja w waszym kraju, to, jak wspinający się finansują swoje wyprawy. Zmieniły się też cele wypraw. Te wielkie, które zostały osiągnięte w latach 80. wywołały konieczność znalezienia nowych, bardziej ambitnych, takich, które stały się jeszcze większym wyzwaniem. Obecnie nie wszyscy himalaiści są skłonni wyjeżdżać na kilka miesięcy, aby się szkolić, bo mają swoje firmy, obowiązki zawodowe. Dlatego też wiele szkoleń odbywa się w Polsce albo w Europie. W latach 80. ludzie szkolili się głównie w Nepalu i Indiach.

Pani zdaniem współcześni himalaiści mocno ze sobą rywalizują? Niektórzy uważają, że ta ich konkurencja jest wręcz niezdrowa?

Tak, na pewno jest bardzo duża koncentracja na tej zaciekłej rywalizacji. Owszem była ona również obecna dawniej, ale dziś dotyczy głównie aspektów finansowych wypraw. Można być wspieranym albo przez związki alpinistyczne albo przez sponsorów. Jest w tym środowisku takie powiedzenie, że "jesteś tak dobry, jak twoje ostatnie wejście". Aby znaleźć finanse na wyprawę, dana osoba musi udowadniać, że warto w nią inwestować.

Chce pani powiedzieć, że pieniądze rządzą wspinaczką?

Nie tyle rządzą, co są narzędziem. Z pewnością są czynnikiem, który ma na nią duży wpływ. Cele wypraw są różne. Znam angielskiego himalaistę, który jest finansistą i bez problemu finansuje swoje wyprawy. Dla niego to sposób na wakacje, więc podejmuje się kolejnych wyzwań na luzie, bez potrzeby udowadniania komukolwiek, że jest dobry. Inni oprócz tego, że chcą zdobyć wymarzony szczyt, muszą otrzymać odpowiednie zezwolenia na wejścia, sfinansować wyprawę a to kosztuje. I na to właśnie potrzebne są pieniądze. Wciąż jednak najważniejsze we wspinaniu się są umiejętności i mam nadzieję, że tak zostanie.

Dlaczego postanowiła pani pisać o polskich himalaistach?

Polacy mają w tej dyscyplinie największe osiągnięcia, ale w wielu krajach, jak na przykład w Kanadzie, z której pochodzę, mało, kto słyszał o ich sukcesach. Warto, więc opowiadać o tych fascynujących osobach i ich wyprawach szerokiemu gronu.

Która z tych postaci jest pani najbliższa?

Wanda Rutkiewicz czy Krystyna Palmowska, które robiły zadziwiające rzeczy w górach. Pamiętam opowiedzianą mi przez jeden z zespołów, historię spotkania tej kobiecej ekipy, z Wandą Rutkiewicz na czele, w okolicach K2. Opowiadali mi, że czuli, a byli to głównie mężczyźni, coś w rodzaju niepokoju, podziwu graniczącego ze strachem przebywając w gronie tych zmotywowanych i silnych kobiet. To Wanda była tą, która mobilizowała kobiety do sprawdzania się we wspinaczce.

Co pani zdaniem sprawia, że my zwykli ludzie, choć nie rozumiemy ich pasji, to się z ciekawością przyglądamy?

Myślę, że ludzie są zafascynowani przede wszystkim tym nadludzkim wysiłkiem. Lubimy podziwiać wyczyny ekstremalne, bo wiemy, jakie mogą być tego konsekwencje i jak wielkie jest ryzyko. Działanie, które jest nam obce, poza naszym zasięgiem bardzo często budzi ciekawość, nawet, jeśli je krytykujemy.