Denis Urubko zaliczany jest do pierwszej ligi współczesnego himalaizmu. W ostatnich miesiącach wszyscy śledzili jego poczynania - najpierw gdy wspólnie z Adamem Bieleckim bohatersko ruszyli na ratunek Elisabeth Revol i Tomka Mackiewicza na Nanga Parbat, potem gdy podjął kontrowersyjną decyzję o odłączeniu się od Narodowej Wyprawy na K2. Jakie jest prawdziwe oblicze człowieka, który balansuje pomiędzy byciem bohaterem a czarnym charakterem polskiego himalaizmu? Odpowiedź na to i inne pytania można znaleźć w książce "Skazany na góry", która ukazała się nakładem wydawnictwa Agora i Mountain Quest. Książka stanowi zapis drogi Denisa na światową scenę alpinizmu, a jednocześnie prezentuje zupełnie odmienne podejście do wspinaczki i do życia w ogóle.

Gdy zaczynamy rozmowę, Denis Urubko chwyta za leżącą na fotelu gitarę i przez chwilę gra.

Marta Kawczyńska: Gitara to pana druga pasja?

Denis Urubko: To nie jest pasja, to moment relaksu, odpoczynku, gdy w danym momencie akurat się nie wspinam.

W góry jej pan chyba nie zabiera?

Nie. W górach jest bardzo zimno, nie dałbym rady grać, ale na skałkach gitarę zawsze mam ze sobą. Góry Sokole, Błędne Skały, Radków, Strzeliniec - tam można mnie spotkać z gitarą. A na K2 czy Nanga Parbat - z fletem. To dla mnie rodzaj medytacji. Mam sześć piosenek, które lubię i które gram.

Wspomniał pan o skałkach. W książce pisze pan, że treningi tam to podstawa.

Zdecydowanie. Skałki to doskonałe miejsce, by trenować wspinaczkę techniczną. Proponujesz ciału ruch podobny do tego, jaki wykonuje małpa. Z kolei bieg górski, którego też jestem fanem, porównałbym do siły, jaką musi mieć koń. Dla himalaisty ważne jest, aby być małpą i koniem. Połączyć te dwie siły w sobie, pracę zupełnie innych partii mięśni. Wtedy jest zahartowany, przygotowany do wszystkiego. Tylko to może sprawić, że będzie lepszy od innych, że wejdzie na szczyt.

To pana definicja sportowca?

Owszem. Sportowiec nie ma innej opcji, jak tylko być pierwszy, najlepszy, a trening jest jedyną drogą do tego.

Kiedy hobby przeradza się w profesjonalizm? Jak to było w pana przypadku?

Pracowałem w armeńskim klubie sportowym w Kazachstanie. Byłem instruktorem, nauczycielem dla armii. Robiłem to profesjonalnie, ale to nie był sport. Sportowcem profesjonalistą poczułem się, gdy zdałem sobie sprawę, że chcę być lepszy od innych. A potem jeszcze bardziej, gdy zacząłem brać udział w wielkich wyprawach, jak ta na Broad Peak, wydawać książki, udzielać się na prelekcjach. Przełom dotyczył również kwestii finansowej. Gdy pracowałem jako instruktor, armia na rozwój mojego sportowego wspinania dawała mi niewielkie pieniądze, bo przecież byłem głównie instruktorem. Gdy zacząłem się wspinać jako sportowiec, zaczęli pojawiać się sponsorzy.

Jak wygląda finansowanie profesjonalnych wypraw?

Opcje są dwie. Pierwsza grupa sponsorów to pasjonaci gór, którzy kiedyś sami się wspinali. Są też tacy, których fascynuje to, co robią himalaiści, a że sami zawodowo zajmują się biznesem, mają duże pieniądze, to chcą je zainwestować w taką wyprawę. Mój obecny sponsor sam się nie wspinał, ale robił to jego brat, który był też prezesem klubu wspinaczkowego w regionie, w którym obecnie mieszkam. To miał być hołd dla jego pasji. Druga grupa to firmy, marki, które produkują sprzęt, ubrania i chcą w ten sposób wypromować swój produkt. Słowem, ja mam pasję, oni biznes, który chcą przez moją pasję wypromować.

Da się na wspinaniu zarobić?

Jeśli jesteś przewodnikiem górskim i płacą ci za to, że zabierzesz grupę ludzi w wysokie góry, to tak. Są z tego często duże pieniądze. Ja jednak nie lubię tego robić.

Dlaczego?

Dla mnie to strata czasu, który mógłbym poświęcić córkom albo przyjaciołom. Wolę się wspinać jako sportowiec, z pasji, a nie z zawodu.

To z czego pan żyje, kiedy się nie wspina?

Z prelekcji, pisania i wydawania książek.

Widzi pan różnice w podejściu himalaistów polskich i rosyjskich do tej sztuki?

Długo myślałem o tym, jaka jest różnica między "szkołami wspinania". Mam wrażenie, że w tej polskiej panuje spory chaos. Niby mamy fundament w postaci wspólnych szkoleń, integracji, a potem i tak wszyscy robią po swojemu. Dwadzieścia lat temu, gdy w góry chodzili tacy ludzie jak chociażby Andrzej Zawada, było inaczej. We Francji, Hiszpanii, Rosji czy Korei wszyscy robią wszystko razem, wspólnie. W polskim himalaizmie chyba brakuje systemu.

A co, pana zdaniem, nie zagrało podczas ostatniej wyprawy na K2?

Popełnionych zostało dużo błędów, i to od samego początku. Tych pomyłek nie dało się wyprostować, tak po prostu wrócić i zrobić to jeszcze raz. Nie było na to szans. Myślę, że powodem były też nasze relacje. Mam wrażenie, że za mało czasu spędziliśmy ze sobą przed wyprawą. Owszem, kontaktowaliśmy się ze sobą, omawialiśmy różne kwestie, ale za mało razy się spotkaliśmy osobiście.

Nazwał pan ekipę spod K2 zespołem egoistów.

To prawda, każdy myślał o swoich celach, ambicjach. Oczywiście to jest w pewnym stopniu normalne, ale finalnie jako grupa nie byliśmy przygotowani do mocnej, ciężkiej akcji na szczycie, a to w warunkach takich, jak te na K2, odgrywa bardzo ważną rolę. Razem możemy więcej. Nie obwiniam tylko chłopaków, to też był i jest mój problem, że się nie dogadaliśmy. To jak w małżeństwie - gdy się ludzie rozwodzą, wina leży po obu stronach.

A pan nie był egoistą, idąc na szczyt sam?

Poszedłem sam, bo nie chciałem tracić czasu, a poza tym zima to dla mnie grudzień, styczeń i luty, te trzy miesiące. Od marca zaczyna się wiosna i to nie byłaby już zimowa wyprawa.

Co by pan powiedział Wielickiemu, Bieleckiemu, gdyby pan ich dziś spotkał?

Nalej (śmiech). Myślę, że mimo tego, co się stało, relacje między nami są dobre. Tak czuję. Każdy z nas popełnił błąd, a że czas leczy rany, to do następnej wyprawy raczej wszystko się ułoży i emocje opadną.

Jak pan dobiera współtowarzyszy swoich wypraw?

Najważniejsze, aby to był ktoś, kto dużo trenuje i dużo się wspina. Kto nie myśli o pieniądzach, tylko idzie w góry dla sztuki, dla sportu, traktuje to jako wyzwanie, gdzie celem numer jeden jest wejście na szczyt. Tego od moich towarzyszy oczekuję. W moim życiu pojawiło się może pięć osób, z którymi nie miałem problemów, wspinając się. Wśród nich był m.in. Adam Bielecki. Partnerzy w górach muszą być jak dwie ręce od jednego ciała. Robić wszystko bez słów, bez dyskusji. Ta relacja musi być organiczna i neutralna.

Ten moment, kiedy razem dotarliście z Bieleckim do Elizabeth Revol. Jaka była pana pierwsza myśl?

Wtedy nie myślałem, ale potem stwierdziłem, że wszystko poszło tak jak trzeba. To, jak to rozegraliśmy, miało sens. Miałem poczucie, że razem z Adamem wykonaliśmy profesjonalną akcję ratunkową.

Pozwoli pan swoim dzieciom wspinać się?

Nie chciałbym, aby poszły w wysokie góry. Co innego skałki. Moja 5-letnia córka już się wspina i sprawia jej to ogromną przyjemność. Oczywiście same wybiorą swoją życiową drogę, ale dopóki mam na to wpływ, nie chcę, by ryzykowały. Góry są niebezpieczne, ja sam nie raz otarłem się o śmierć. Ale z drugiej strony są czymś, co uzależnia, co nie ma granic. Idziesz, robisz to i nie widzisz czasem odwrotu. Skałki, poza tym, że są bezpieczniejsze, to są też przyjemnym, fajnym sportem. Wśród natury, na świeżym powietrzu. Porównałbym je do tańca na skale.

Jak pana rodzina reaguje, gdy rusza pan na kolejną wyprawę?

Moja żona ma z tym problemy. Gdy idę w góry, nie śpi, bierze leki na uspokojenie. Nie jest to dla niej proste.

Był pan żonaty trzy razy. Kto nie wytrzymuje tej sytuacji? Ten, kto się wspina, czy te osoby, które zostają i czekają w domu?

Nie było mnie czasem w domu przez 9-10 miesięcy w ciągu roku. Która kobieta chciałaby mężczyznę, który tyle czasu siedzi w górach? To nie jest dobre, gdy człowiek się zakochuje, gdy na początku jest romantycznie. Później, gdy żona zostaje w domu z małym dzieckiem, a ja wychodzę w góry, też nie jest łatwo. Rozumiem, że moje partnerki tej presji nie wytrzymywały, ale nie byłbym w stanie porzucić tej pasji.

W książce dużo pan pisze o jedzeniu. Jest pan smakoszem? Lubi pan dobrze zjeść?

Uwielbiam i to jest mój problem, gdy się wspinam. W himalaizmie lepiej jest być chudym jak rower, nie najadać się przed wspinaczką, a ja nie umiem zrezygnować z obfitego śniadania. Uwielbiam kawę, świeże bułki, czasem jajecznicę z kiełbaskami. Może to wynika z tego, że smakuję życie. Gdy mieszkałem w Kazachstanie, bywało, że nie mając pieniędzy, mieszkałem na ulicy, a jedzenie znajdowałem na śmietniku. Być może teraz staram się sobie zrekompensować ten ciężki czas. Jestem głodny na wszystko, co przynosi mi życie.

Erwand Iliński, trener Centralnego Klubu Sportowego Armii Kazachstanu pozwolił Urubce trenować i wspinać się wraz z żołnierzami, ale jako cywil musiał sam się utrzymywać. Himalaista zaczął grać w teatrze, bo wcześniej studiował aktorstwo i jak sam mówi „żyć na krawędzi”, co oznaczało, że gdy nie miał pieniędzy albo pracy, spał u znajomych albo na ulicy, nie miał, za co żyć i co jeść. W 1993 roku zdobył najwyższy szczyt Kazachstanu – Chan Tenri. Pod koniec listopada 1993 roku przyjęto go do armii Kazachstanu.

To jedzenie w górach ma smak?

Ma. Kiedy po 2-3 dniach wspinania się bez śniadania wracasz do obozu, to woda jest smaczna, już nie mówiąc o gorącym kubku kawy czy ciepłym jedzeniu, nawet z puszki. Ale ważne, by tam na górze się dobrze zaaklimatyzować. Ten, kto nie trenuje, nie przyzwyczai ciała do warunków, będzie miał problemy z trawieniem i wszystko zwymiotuje.

Dlaczego zdecydował się pan przyjąć polskie obywatelstwo?

Dużo czytałem o polskiej kulturze, a gdy mieszkałem na Sachalinie, poznałem historię Piłsudskiego. To bardzo ważna osoba w historii Polski, wyrazista. Poza tym Polska była granicą między Rosją a Europą. Dużo tego, co europejskie, jak kultura czy sport, szło przez Polskę. Gdy zostałem wspinaczem górskim, poznałem takich ludzi jak Kurtyka czy Wielicki. Dzięki nim mogłem się doskonalić w tym, co robię, zobaczyć, jak to wygląda gdzie indziej, niż w Rosji.

Ale mieszka pan we Włoszech.

W Polsce, w Tatrach, nie jest łatwo się wspinać - w Tatrzańskim Parku Narodowym jest wiele obostrzeń. Poza tym wysokość Tatr, czyli 2600 m n.p.m., nie wystarczy, aby przygotować się do wspinania na naprawdę dużych wysokościach. We Włoszech góry są bardziej dostępne, można w wiele miejsc wjechać autem, rozbić namiot. Jest więcej możliwości, a tam, gdzie mieszkam, niedaleko Bergamo, i góry są wyższe. To dla wspinacza dużo lepsze warunki, dlatego wybrałem ten kraj.

Żałuje pan czegoś w życiu?

Mam poczucie, że dużą część młodości straciłem na rzeczy bezsensowne. Zamiast grać na komputerze, mogłem napisać jeszcze jedną książkę albo spotkać się z piękną kobietą. Miałem wtedy 20-25 lat, więc byłem młody i głupi. Za to w himalaizmie nie lubię tracić czasu na niedokończone wyprawy. Tak było na Nanga Parbat z Simonem Moro w 2012 roku. Nie dokończyliśmy tej wyprawy, a ja miałem poczucie, że straciłem pół roku na treningi przed wejściem i na samą wyprawę. Nie lubię tego.

Zawsze musi pan postawić przysłowiową kropkę nad i?

Tak. Na szczyt idziesz właśnie po to, żeby tę kropkę postawić. Bez finału nie ma wspinania.

Kiedy rozmawiamy, siedzi pan bez butów. Dlaczego?

Gdy się wspinasz, stopa pracuje inaczej, niż gdy chodzisz po płaskim podłożu. Po kilku miesiącach spędzonych w górach, w odpowiednich do wspinaczki butach, próbuję dać stopom trochę luzu i sprawić, by popracowały w nich zupełnie inne mięśnie.

Co jest pana mocną stroną?

Genetycznie z ojca i mamy mam zdrowe, silne ciało. Za to mogę im podziękować. To, co w sobie cenię, to koncentracja na celu i to, o czym wspomniałem wcześniej, że nie lubię tracić czasu. To mnie motywuje.

Czuje się pan jedną z gwiazd himalaizmu?

Gwiazdy to Wielicki, Kurtyka, Kukuczka. Ja tym, co robię, mogę jedynie pokazywać ludziom magię gór i himalaizmu. Będąc sobą, żyjąc tak, jak żyję i robiąc to, co robię, pomagać innym w zrozumieniu himalaizmu.

Góry dla pana to…

…stadion sportowy, na który wspinam się na oczach wszystkich, a himalajskie szczyty są jak rzymskie Koloseum.