Zarówno Szwed, jak i Amerykanin, zapisali się złotymi zgłoskami w historii tenisa. Borg wygrał jedenaście turniejów wielkoszlemowych, McEnroe - siedem. Współzawodnictwo obu tenisistów było dla kibiców źródłem największych sportowych emocji. Ich pojedynek w finale Wimbledonu w 1980 roku obrósł legendą. Według ekspertów, to był najlepszy mecz w historii tej dyscypliny. Spotkanie wygrał Borg 1:6, 7:5, 6:3, 6:7, 8:6. McEnroe obronił w tie-breaku pięć piłek meczowych, wygrał 18-16, ale ostatecznie w piątym secie musiał uznać wyższość rywala.

Przemysław Średziński: Widział Pan już film "Borg/McEnroe. Między odwagą a szaleństwem"?

Wojciech Fibak*: Tak, jestem już po seansie premierowym w kinie "Atlantic".

I jak wrażenia?

Znakomita kreacja aktorska Sverrira Gudnasona, ale postać Borga jest nieco przerysowana. Aktor wygląda i mówi jak Borg, ale Björn nie był tak wyrachowany i chłodny. Był spokojny, małomówny i nieśmiały, ale przy tym pełen ciepła, dobroci i uśmiechu. Jeśli chodzi o jego charakter, to twórcy filmu zdecydowanie przestrzelili. Nie jest też prawdą, że Borg w tym finale coś powiedział pod siatką do McEnroe. Natomiast postać Amerykanina jest, moim zdaniem, zupełnie nietrafiona - ani z wyglądu, ani z zachowania. Świetnie natomiast została oddana inna wielka osobowość kortów, czyli Vitas Gerulaitis.

Pan również w 1980 roku grał w tym turnieju. Doszedł pan do ćwierćfinału.

Jak się ktoś dobrze przyjrzy, to w tym filmie moje nazwisko gdzieś tam się pokazuje w tenisowych tabelkach.

Wróciły wspomnienia?

Oczywiście, i muszę powiedzieć, że wtedy trochę Borgowi pomogłem.

W jaki sposób?

Bo wyeliminowałem tego groźnego Gerulaitisa. To było być może moje najcenniejsze zwycięstwo w karierze. Graliśmy na korcie centralnym ponad pięć godzin, to był bardzo dramatyczny pojedynek. Przegrałem dwa pierwsze sety, potem dwa wygrałem i ostatecznie pokonałem go w tie-breaku 8-6. Gerulaitis był wtedy 3 czy 4 rakietą świata i na kortach trawiastych był bardzo niebezpieczny.

Obu bohaterów filmu - Szweda i Amerykanina - zdążył pan poznać bardzo dobrze.

Tak, grywałem z nimi w singlu, w deblu. Moim partnerem był zarówno Borg, jak i McEnroe. Tego ostatniego pokonałem raz w życiu - w hali podczas turnieju w Kolonii. Z Borgiem też wygrałem - na turnieju w Monte Carlo, kiedy był "jedynką" światową.

Wielu uważa, że pojedynek Borga z McEnroe na trawiastych kortach Wimbledonu to tenisowy mecz wszech czasów. Zgadza się pan z takimi opiniami? Na czym polegała jego wyjątkowość?

Były jeszcze inne mecze, które również można byłoby zaliczyć do kategorii "wszech czasów". Choćby takie pojedynki jak pięciosetowy mecz Federer kontra Nadal na Wimbledonie, czy ćwierćfinał US Open Sampras - Agassi. Dlaczego ten z roku 1980 skupił taką uwagę? Być może dlatego, że po obu stronach siatki stanęły dwie skrajne, radykalne postaci. Wyjątkowy spokój i fair play Borga i z drugiej strony ten buńczuczny i kontrowersyjny charakter McEnroe. Chociaż trzeba przyznać, że McEnroe, gdy grał z Borgiem, to jak na niego zachowywał się bardzo przyzwoicie.

Jako zawodnicy jakoś szczególnie nie czuliśmy takiej elektryzującej atmosfery na Wimbledonie, to w filmie jest tak pokazane i to napięcie rośnie. Ale proszę mi wierzyć, że i dzisiaj Federer nie myśli o tym, że będzie grał z Nadalem w finale, tylko o kolejnym swoim przeciwniku.

Byliście z Borgiem i chyba nadal jesteście wielkimi przyjaciółmi?

Zgadza się. Zobaczyłem go pierwszy raz jako 16-latka na turnieju w Kopenhadze. Do dziś gdy się spotkamy, to się ściskamy na powitanie przez co najmniej 10 minut. Co prawda ostatnio nie widujemy się zbyt często, ale bardzo się lubimy. Borg pomagał mi w moich trudnych początkach w Polsce Ludowej. Kiedy nie miałem pieniędzy na bilet lotniczy do Teheranu, pożyczył mi tysiąc dolarów. Ja z kolei oddałem mu kiedyś dwie piłki, w tym piłkę meczową, bo na turnieju w Kolonii w 1977 roku został ewidentnie skrzywdzony przez sędziego. Ten finał przegrałem, być może dzisiaj miałbym w statystykach jeden wygrany turniej więcej. On to zawsze wspomina, a dla mnie to było naturalne zachowanie.

A relacje z McEnroe? Poza kortem też był taki porywczy?

Z McEnroe się lubimy. Kiedy graliśmy razem w deblu, wypytywałem go o Polskę. Na przykład, czy zna jakiegoś sławnego Polaka. Nie kojarzył Kopernika, Chopina ani Skłodowskiej-Curie, ale w końcu okazało się, że zna Kościuszkę i Pułaskiego. Rozpoznawał ich po mostach w Nowym Jorku - Kościuszko Bridge i Pulaski Bridge. Swego czasu wprowadziłem go trochę w sztukę. Kiedy graliśmy turniej w Bazylei, zwiedzaliśmy katedry, muzea, galerie. To była trudna postać, ale już poza kortem zupełnie inna - do rany przyłóż.

Na korcie wydawało się jednak, że za chwilę eksploduje. Próbował pan dociekać, dlaczego tak się zachowuje?

Tak, spytałem go. A on mi na to odpowiedział tak: Wojtek, powiem ci prawdę. Jeżeli ja wychodzę na kort i nie mogę się doprowadzić do stanu, że będę nienawidził przeciwnika, sędziego i publiczności, to nie mogę grać swojego najlepszego tenisa. Ja muszę nienawidzić, bo dostaję wtedy takiego szału, że daję z siebie wszystko. Nie czuję bólu, niczego. Przyznał, że ze wszystkimi tak grał, tylko nie z Borgiem, bo miał do niego tak olbrzymi szacunek, że nie mógł wykrzesać w sobie tej złości.

I tak chyba z tym bólem rzeczywiście tak było. Wspominał pan kiedyś wasz wspólny deblowy występ w finale właśnie turnieju w Bazylei.

To był 1978 rok. McEnroe miał wtedy 19 lat. W czasie jednej z przerw okazało się, że John nie może ruszać lewą ręką, a był leworęczny. Przyniosłem mu lód, ale to nic nie dało. On ze zwieszoną głową, tą ręką wiszącą bezwładnie. Mówię mu: John, jeśli cię tak boli, a masz przecież następny turniej, to nie grajmy tego finału. Odpowiedział, że nie podda meczu. Wróciliśmy na kort, sędzia zapowiada: Fibak to serve. Stanąłem już na linii, wziąłem piłkę, McEnroe już się tak delikatnie huśtał przy siatce. Zapadła cisza, pełne trybuny, 13 tysięcy ludzi. I nagle McEnroe podnosi rękę: stop, stop! Podchodzi do mnie i mówi do ucha: Wojtek, let me serve first. Obudził się w nim instynkt wojownika. Zmieniliśmy się miejscami, teraz ja bujam się przy siatce. Czekałem i sądziłem, że serwis będzie jakiś słabiutki. I nagle usłyszałem tylko świst. McEnroe posłał na drugą stronę istną petardę. To pokazuje, że te kończyny mogły mu odpadać, a nic nie mogło go ściągnąć z kortu. I ostatecznie wygraliśmy ten finał.

A jak potem stawaliście w kolejnych latach w singlu na przeciwko siebie, to czul pan na sobie tę jego złość?

Było takie wydarzenie, które szczególnie zapadło mi w pamięci. To były lata 80., turniej w Houston, olbrzymia hala wypełniona po brzegi. Początkowo przegrywałem, potem zacząłem wygrywać. W decydującym secie prowadziłem już 3:0. On już był wściekły i eksplodował. Najpierw przy zmianie stron nazwał mnie "Polish sausage" - polską kiełbasą, a potem rzucił do mnie, że jestem "communist". Zgłosiłem to sędziemu, McEnroe coś pyskował, ale sędzia niespecjalnie zareagował. W pewnym momencie się z Johnem przy tym szturchnęliśmy i wtedy we mnie coś pękło. Chwyciłem za rakietę, a on zaczął przede mną uciekać. Goniłem go, bo chciałem go zwyczajnie uderzyć.

I jak to się skończyło?

Myśmy się ostatecznie pobili w szatni, bo ja ten mecz przegrałem. McEnroe był wtedy światową jedynką. Rozdzielił nas wtedy mój partner deblowy Bobo Żivojinović. Gdyby nie on, to byśmy się tam chyba zatłukli.

*Wojciech Fibak - legenda polskiego tenisa. Czterokrotny ćwierćfinalista turniejów wielkoszlemowych w grze pojedynczej, zwycięzca Australian Open w grze podwójnej, finalista Masters, biznesmen.