Kiedy w piątkowy ranek Andrzej Gołota zjechał windą do hotelowej restauracji na śniadanie był w dobrym humorze. Bez problemów zgodził się na rozmowę. Jedzenie rozpoczął od owoców. "Mięso? Jak to, przecież nie w piątek" - wyjaśnił.

Nie wygląda pan na zestresowanego przed walką z McBridem.
To chyba dobrze? Po co się stresować? Wiem, że mam wyjść do ringu i walczyć. Pobić go i koniec. Po to tu jestem.

Pana sposób na McBride'a to szybkość. On szybki nie jest, na dodatek okazało się, że waży aż 135 kg!
To jego sprawa, widocznie tak mu wygodnie. Ja ważę 109 i czuję się z tym doskonale. Tak miało być.

Uważa pan McBride'a za dobrego pięściarza?
Bo ja wiem? Wygrał z Tysonem, prawda?

Ale w 2005 roku, kiedy Tyson miał już dosyć boksu.
Wygrał z Tysonem, a to zawsze robi wrażenie. Nikt mu tego nie zabierze.

W 2004 roku, przed walką z Johnem Ruizem mówił pan, że chyba nigdy więcej nie zmusi się do tak ciężkiego trenowania. Jak pan teraz się zmusza?
Też się nad tym zastanawiam. Mam problem, bo nie mogę spokojnie posiedzieć w domu. Kiedy nie jeżdżę na narty, za bardzo nie mam co robić. Mógłbym siedzieć z dzieciakami, ale one chodzą do szkoły i zostaję w domu sam. Więc jak nie jeżdżę na nartach, boksuję.

Ma pan prawie 40 lat...
Zaraz, zaraz. Żadne 40. Mam 39 lat.

Dobrze, w styczniu skończy pan 40 lat. Co się zmieniło w pana treningu, w pana podejściu do boksu przez te lata kariery?
Teraz używam trochę więcej bokserskiego rozumu. Przedtem byłem młody i sobie boksowałem. Teraz jest więcej rozumu w tym wszystkim, czyli zastanawiam się, co i jak zrobić. Mam doświadczenie, a to też pomaga.

A co pan stracił z upływem lat. Czego panu brakuje jako 40-letniemu pięściarzowi?
Nie 40, a 39, dobrze? Czego mi brakuje? Może pieniędzy.

Jak to, przecież powtarza pan, że nie walczy już dla pieniędzy, tylko chce pan zdobyć pas mistrza świata.
To prawda, ale zawsze jest fajnie, jak coś przy tym skapnie do kieszeni. Taki Evander Holyfield ma bardzo dużo pieniędzy, a nadal walczy i na pewno lubi, jak mu za to płacą.

Po kontuzji Olega Maskajewa dostał pan propozycje walki z Samuelem Peterem o tymczasowy pas federacji WBC. Zgodził się pan błyskawicznie. Nie było to zbyt duże ryzyko?
Nie tak błyskawicznie, ze dwa dnia się zastanawiałem. Może dzień. Tak sobie myślałem, czy to będzie dobry krok, bo między poziomem McBride'a, a Petera jest przepaść. Cios niby ten sam, zawsze może skrzywdzić. Ale w końcu powiedziałem sobie, że czemu nie zaryzykować? Tym bardziej, że Peter dużo waży i nie wiem, czy jest dobrze przygotowany. Może w sobotę uda mi się obejrzeć jego walkę z Jameelem McClinem.

Rodzina będzie w Madison Square Garden?
Dzieci na pewno nie. Nie chcę. Nie chcę też, żeby przyjeżdżała żona, żeby patrzyła na to bicie. Ale ona zawsze jakoś się wepchnie na moją walkę.

Przed chwilą serdecznie się pan przywitał ze swoim byłym trenerem Buddym McGirtem. Nie ma pan do niego pretensji, że teraz pracuje z McBridem?
A skąd. To jego praca. Śmieję się z niego, że jest czarnym Irlandczykiem.