Choć sponsorów, zwłaszcza wśród firm tytoniowych, nie brakuje, w Polsce blokadą dla nich są przepisy. "Nie mogliby eksponować reklam" - tłumaczy Bartoś DZIENNIKOWI. "Grupa inwestorów musiałaby zrekompensować straty zespołów, które główne dochody czerpią od tych firm. Grand Prix F1 kosztowałoby u nas znacznie więcej niż np. w Azji" - mówi Bartoś. Ale nadziei tracić nie można. "Nie ma rzeczy niemożliwych" - mówi DZIENNIKOWI.
Jak przypomina, w Polsce nieraz mówiło się o F1. Jednak po prostu mieliśmy... pecha. "Najbliżej było w latach 80. Byliśmy, obok Węgier, w grupie bardzo realnych kandydatów. Samochód F1 był już testowany w Poznaniu. Sam go tam przywiozłem. Przesądziła jednak decyzja biura politycznego" - wspomina Bartoś. Potem zjawił się tajemniczy turecki biznesmen Vahap Toy, który obiecywał gigantyczne inwestycje w Białej Podlaskiej, ale jego plany okazały się realne tylko na papierze.
O ile z torem łatwo nie będzie, Bartoś nie kryje nadziei, że polska przyszłość w F1 rysuje się w jasnych barwach. "Jeżeli Robert będzie się rozwijał tak szybko, jak do tej pory, już w sezonie 2008 może osiągnąć taki status jak Michael Schumacher" - mówi Bartoś DZIENNIKOWI. I dodaje, że życzyłby tego naszemu rajdowemu gwiazdorowi wcześniej, ale... miejsca w najlepszych teamach na przyszły rok są już zajęte.