Adam Małysz wygrywa nie tylko zimą. Wczoraj zwyciężył w ostatnich zawodach Letniego Grand Prix w skokach narciarskich i po raz trzeci wygrał cykl zawodów na igielicie. Tyle samo razy odbierał kryształową kulę za triumf w zimowym Pucharze Świata.
Przed wczorajszym konkursem w niemieckim Oberhofie Małysz miał w klasyfikacji generalnej 9 punktów przewagi nad Austriakiem Wolfgangiem Loitzlem. Po pierwszej serii
Polak zajmował drugie miejsce, goniący go rywal był dopiero jedenasty. Loitzl nie zrezygnował jednak z walki o zwycięstwo. Skoczył 131,5 metra i długo prowadził.
Jednak Małysz rozwiał wszelkie wątpliwości. Poleciał na nieosiągalną dla innych odległość 135,5 m i chwilę później mógł słuchać na podium "Mazurka Dąbrowskiego". Trudno ocenić, czy to ja jestem taki mocny, czy rywale słabsi" - przyznał w rozmowie z DZIENNIKIEM skoczek. "Wydaje mi się, że można to nazwać zalążkiem wielkiej formy. Na pewno moje zwycięstwo w całym cyklu nie jest przypadkowe. Fuksem można wygrać jedne zawody, a nie klasyfikację generalną" - dodał lider polskiej kadry.
Aż trudno w to uwierzyć, ale Małysz niechętnie jechał na kończące sezon zawody w Klingenthal i Oberhofie. "To kwestia pełnego zaufania do trenera Hannu Lepistoe, który postawił mnie przed faktem dokonanym. Stwierdził, że mam jechać i potraktować te występy jak trening. Teraz widzę, że to była dobra decyzja" - stwierdził skoczek. "Pierwszy skok Adama zaliczyłbym do tych bardzo dobrych, ale nie idealnych. Był minimalnie spóźniony i w trakcie lotu brakowało swobody. A drugi to już była prawdziwa bomba! W powietrzu trochę rzucało mu nartami, ale nie miało to wpływu na odległość" - analizował występ trzykrotnego mistrza świata drugi trener naszej reprezentacji Łukasz Kruczek.
Szkoleniowcy pracujący z kadrą nie spodziewali się, że traktowane przez nich jako przygotowania do zimy lato przyniesie tyle sukcesów. "Zdziwiliśmy się, że wszystko tak szybko zaskoczyło. Natomiast takich wyników w ostatnich zawodach można było oczekiwać, ponieważ forma Adama od pewnego czasu jest stabilna" - mówi Kruczek.
Jednak Małysz rozwiał wszelkie wątpliwości. Poleciał na nieosiągalną dla innych odległość 135,5 m i chwilę później mógł słuchać na podium "Mazurka Dąbrowskiego". Trudno ocenić, czy to ja jestem taki mocny, czy rywale słabsi" - przyznał w rozmowie z DZIENNIKIEM skoczek. "Wydaje mi się, że można to nazwać zalążkiem wielkiej formy. Na pewno moje zwycięstwo w całym cyklu nie jest przypadkowe. Fuksem można wygrać jedne zawody, a nie klasyfikację generalną" - dodał lider polskiej kadry.
Aż trudno w to uwierzyć, ale Małysz niechętnie jechał na kończące sezon zawody w Klingenthal i Oberhofie. "To kwestia pełnego zaufania do trenera Hannu Lepistoe, który postawił mnie przed faktem dokonanym. Stwierdził, że mam jechać i potraktować te występy jak trening. Teraz widzę, że to była dobra decyzja" - stwierdził skoczek. "Pierwszy skok Adama zaliczyłbym do tych bardzo dobrych, ale nie idealnych. Był minimalnie spóźniony i w trakcie lotu brakowało swobody. A drugi to już była prawdziwa bomba! W powietrzu trochę rzucało mu nartami, ale nie miało to wpływu na odległość" - analizował występ trzykrotnego mistrza świata drugi trener naszej reprezentacji Łukasz Kruczek.
Szkoleniowcy pracujący z kadrą nie spodziewali się, że traktowane przez nich jako przygotowania do zimy lato przyniesie tyle sukcesów. "Zdziwiliśmy się, że wszystko tak szybko zaskoczyło. Natomiast takich wyników w ostatnich zawodach można było oczekiwać, ponieważ forma Adama od pewnego czasu jest stabilna" - mówi Kruczek.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|