"Gdzie jest Andriusza? Pozdrów go ode mnie" - z takimi słowami do reportera "Faktu" zwrócił się Nikołaj Wałujew. Mistrz świata w wadze ciężkiej
szukał Andrzeja Gołoty. Nie znalazł go, ucieszył go za to widok innego polskiego boksera - Tomasza Adamka. Gdy go zobaczył, serdecznie uścisnął mu dłoń. "Będę kibicować Tomkowi.
W końcu my Słowianie musimy trzymać się razem" - uśmiechnął się potężny (213 cm wzrostu) Rosjanin, który na sobotniej gali bokserskiej w Chicago będzie walczyć o mistrzostwo
świata z Amerykaninem Monte Barretem.
Wcześniej do ringu wejdzie Adamek. Broni tytułu mistrza świata w wadze półciężkiej (WBC) w rewanżowym pojedynku z Australijczykiem Paulem Briggsem. Polak nie musi się niczego obawiać.
Będzie miał za sobą poparcie nie tylko Wałujewa, największego boksera na świecie, ale również kilkunastotysięcznej publiczności. Bo to głównie miejscowa Polonia kupuje bilety na sobotnią
galę.
Wielu Polaków mieszkających w Chicago przyszło do centrum sportowego, gdzie Adamek wspólnie z Maciejem Zeganem (będzie walczyć z Nate Campbellem) podpisywali autografy. Wszyscy zapewniają, że
będą zdzierać gardła, by pomóc naszym zwyciężyć. "Potrzebujemy bohaterów. Pamiętamy, jak Adamek zlał Briggsa w ubiegłym roku. Teraz zrobi to samo" - mówią wszyscy
zgodnie.
Z Adamkiem ściskał się serdecznie nawet Don King, którego polski bokser pozwał do sądu. Tomek miał za złe amerykańskiemu promotorowi, że zbyt rzadko organizuje mu walki. Teraz między oboma
panami jest już zgoda. A King nadal kocha Polaków. "Z takim poparciem nie mogę przegrać" - śmieje się Adamek.