Klapa. Na starcie sezonu pogoda mocno dała się we znaki Adamowi Małyszowi i jego kolegom. Po piątkowej zamianie zawodów w coś, co miało przypominać skoki narciarskie, sobotni konkurs Pucharu Świata w Kuusamo został odwołany. I inauguracja sezonu okazała się wielkim niewypałem - pisze DZIENNIK.
Prawdziwa rywalizacja zacznie się więc za tydzień, jeśli, oczywiście, uda się przeprowadzić zaplanowane na następny weekend konkursy w Lillehammer. Czekają na to
kibice, którzy po imprezie w Kuusamo są zdegustowani tym, co za wszelką cenę starali się pokazać im organizatorzy. Czekają również zawodnicy, dla których ostatni tydzień okazał się
serią niezrozumiałych i co najmniej dziwnych decyzji działaczy.
Odwołanie sobotnich zawodów pasowało do tej szopki jak ulał. Dyrektor Pucharu Świata Walter Hofer jako przyczynę anulowania drugiego konkursu w sezonie podał zbyt silny wiatr. "Nie było możliwości przeprowadzenia bezpiecznego konkursu" - ogłosił. W tym przypadku, podobnie jak w piątek, kiedy nie zdecydował się na przerwanie zawodów, nikt nie rozumiał, co nim kierowało. Według trenerów i zawodników wystarczyło dopasować rozbieg do panujących warunków i można było przynajmniej spróbować, jakie da to efekty.
Ale organizatorzy nie umieli ustalić długości rozbiegu. Można było odnieść wrażenie, że Finowie zajmują się tym po raz pierwszy w życiu i nie mają o swojej robocie zielonego pojęcia. Najpierw ustawili start na belce nr 13. Kiedy pierwszy w konkursie Hari Olli skoczył 140 m, od razu ją obniżyli. Nie na długo, bo skaczący jako szósty Jane Ahonnen uzyskał aż 142 m i upadł przy lądowaniu. Kiedy Fin podnosił się ze śniegu, jury znowu obniżało belkę startową.
Po kilkunastu skokach uznano, że podmuchy wiatru są zbyt silne i ogłoszono przerwę. Czekający na szczycie skoczni na swoją kolej zawodnicy zamiast skoczyć, zjechali tylko w dół. Większość z nich na górę już nie wróciła. Ci, którzy wierzyli, że uda się jeszcze skoczyć i tuż przed ostateczną decyzją jury pojechali na górę, musieli zaraz zjeżdżać po raz drugi.
Większą niespodzianką dla zawodników i trenerów od odwołania imprezy (do kapryśnej pogody i rozgrywania dwóch konkursów zawodów jednego dnia albo początku o 7 rano skoczkowie już zdążyli się przyzwyczaić), było zachowanie Hofera. "Nie rozumiem, co się stało. Do tej pory on zawsze stawał po stronie skoczków. Wszystkie decyzje podejmował, kierując się ich dobrem" - kręcił głową z niedowierzaniem Fin Mika Kojonkoski, trener reprezentacji Norwegii.
Szef Pucharu Świata po piątkowej farsie - gdy wszyscy zawodnicy z czołowej 15 z poprzedniego sezonu spadali z progu zamiast szybować - nie miał ochoty nikomu się tłumaczyć. Austriak zaszył się w hotelowym pokoju. W sobotę na skoczni już nie miał gdzie się schować. Najwięcej do powiedzenia miał mu trener polskiej reprezentacji Hannu Lepistoe. Spokojny zazwyczaj Fin był wyraźnie wzburzony błędami i arogancją najważniejszej osoby w skokach. Oprócz fachowych uwag, Lepistoe zdobył się na szczerość wobec dyrektora Pucharu Świata. To, co zrobiłeś w piątek, to było jedno wielkie g..." - usłyszał od Lepistoe Hofer.
Odwołanie sobotnich zawodów pasowało do tej szopki jak ulał. Dyrektor Pucharu Świata Walter Hofer jako przyczynę anulowania drugiego konkursu w sezonie podał zbyt silny wiatr. "Nie było możliwości przeprowadzenia bezpiecznego konkursu" - ogłosił. W tym przypadku, podobnie jak w piątek, kiedy nie zdecydował się na przerwanie zawodów, nikt nie rozumiał, co nim kierowało. Według trenerów i zawodników wystarczyło dopasować rozbieg do panujących warunków i można było przynajmniej spróbować, jakie da to efekty.
Ale organizatorzy nie umieli ustalić długości rozbiegu. Można było odnieść wrażenie, że Finowie zajmują się tym po raz pierwszy w życiu i nie mają o swojej robocie zielonego pojęcia. Najpierw ustawili start na belce nr 13. Kiedy pierwszy w konkursie Hari Olli skoczył 140 m, od razu ją obniżyli. Nie na długo, bo skaczący jako szósty Jane Ahonnen uzyskał aż 142 m i upadł przy lądowaniu. Kiedy Fin podnosił się ze śniegu, jury znowu obniżało belkę startową.
Po kilkunastu skokach uznano, że podmuchy wiatru są zbyt silne i ogłoszono przerwę. Czekający na szczycie skoczni na swoją kolej zawodnicy zamiast skoczyć, zjechali tylko w dół. Większość z nich na górę już nie wróciła. Ci, którzy wierzyli, że uda się jeszcze skoczyć i tuż przed ostateczną decyzją jury pojechali na górę, musieli zaraz zjeżdżać po raz drugi.
Większą niespodzianką dla zawodników i trenerów od odwołania imprezy (do kapryśnej pogody i rozgrywania dwóch konkursów zawodów jednego dnia albo początku o 7 rano skoczkowie już zdążyli się przyzwyczaić), było zachowanie Hofera. "Nie rozumiem, co się stało. Do tej pory on zawsze stawał po stronie skoczków. Wszystkie decyzje podejmował, kierując się ich dobrem" - kręcił głową z niedowierzaniem Fin Mika Kojonkoski, trener reprezentacji Norwegii.
Szef Pucharu Świata po piątkowej farsie - gdy wszyscy zawodnicy z czołowej 15 z poprzedniego sezonu spadali z progu zamiast szybować - nie miał ochoty nikomu się tłumaczyć. Austriak zaszył się w hotelowym pokoju. W sobotę na skoczni już nie miał gdzie się schować. Najwięcej do powiedzenia miał mu trener polskiej reprezentacji Hannu Lepistoe. Spokojny zazwyczaj Fin był wyraźnie wzburzony błędami i arogancją najważniejszej osoby w skokach. Oprócz fachowych uwag, Lepistoe zdobył się na szczerość wobec dyrektora Pucharu Świata. To, co zrobiłeś w piątek, to było jedno wielkie g..." - usłyszał od Lepistoe Hofer.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|