Lekarze wiedzą, że trzeba czekać. Stan jest bowiem krytyczny, ale stabilny. To daje nadzieję na uratowanie mu życia. Nadzieję, na którą złożyły się heroiczny wysiłek i fachowość
wielu osób.
Ważna każda sekunda
Prosto spod Wielkiej Krokwi karetka na sygnale przedziera się przez tłumy kibiców. Cel jest jeden - jak najszybciej dotrzeć do szpitala. Liczy się każda sekunda. Skoczek nie odzyskuje
przytomności. Nie wiadomo, czy nie ma wewnętrznego krwotoku. Przy upadku z tak dużej wysokości i przy tak wielkiej prędkości zawodnik mógł uszkodzić kręgosłup. Ekipa w pełnym skupieniu i
z wyjątkową dokładnością przymocowuje nosze, aby nawet nie drgnęły podczas jazdy. Udaje się. W końcu docierają do szpitala. Tam czeka już zespół lekarzy. Niektórzy zostali ściągnięci
w ostatniej chwili.
Droga do życia
Lekarze od razu zarządzają tomografię komputerową głowy i jamy brzusznej. Dobra wiadomość. Nie ma wewnętrznego krwotoku ani urazu kręgosłupa. Ale zawodnik jest w stanie krytycznym.
Obrażenia głowy zagrażają jego życiu. Po 40 minutach Mazoch zostaje przewieziony na salę reanimacyjną. Tam stale podawany jest mu tlen. Lekarze przecierają pot z czoła. Okazuje się, że nie
można przetransportować skoczka w najbezpieczniejszy sposób, śmigłowcem, do specjalistycznego szpitala w Krakowie. Śmigłowce nie mogą bowiem latać wieczorami. Decydują się, aby przewieźć
go karetką. W sali intensywnej terapii Czech zostaje wprowadzony w stan sztucznej śpiączki. Kierowca ambulansu po raz kolejny słyszy, że musi omijać nawet najmniejszą dziurę. Droga z
Zakopanego do Krakowa to droga do życia dla Jana Mazocha. Ale nikt nie wie, czy nie zmieni się w drogę śmierci.
Szukanie ratunku
Po ponad dwóch godzinach rozpędzona karetka pogotowia, z potwornym wyciem syreny, pędzi już wąskimi uliczkami krakowskiego kompleksu klinik uniwersyteckich. Nie ma chwili do stracenia. Ciężko
ranny skoczek leży na specjalnym stelażu. Przy jego boku ratownicy niemal na głos modlą się o jego życie. W końcu karetka wpada w ulicę Kopernika. Ciężka, stalowa brama szpitala ze zgrzytem
otwiera się na oścież. Z tunelu, przez który transportuje się chorych, wybiegają lekarz i pielęgniarka. Karetka jest tuż przy nich. Lekarze nerwowo dyskutują z załogą ambulansu. Coś jest
nie tak. Nosze z Janem Mazochem nie wysuwają się z samochodu. Mijają potwornie długie minuty. Jest już pewne, że klinika neurotraumatologii nie jest jeszcze ostatnim przystankiem dla ciężko
rannego Czecha. Po kwadransie pełnym grozy i oczekiwania ambulans z piskiem opon opuszcza klinikę. Rusza prosto w stronę oddziału radiologicznego. To tam przygotowywana jest
dokumentacja medyczna pacjenta. Najlepsi krakowscy radiolodzy przeprowadzają tomografię mózgu. Drobiazgowe badania trwają kilkadziesiąt minut.
Pierwsze dobre wieści
Stłoczeni przed wejściem lekarze i ratownicy medyczni z innych karetek kiwają smutnie głowami. Przedłużające się badania potęgują nerwowość. Tymczasem w ultranowoczesnym gabinecie trwają
prześwietlenia potłuczonej głowy sportowca. Lekarze z ulgą stwierdzają, że czaszka nie została zmiażdżona. To podnosi szanse na przeżycie o kilkadziesiąt procent i jest pierwszym promykiem
nadziei. Po 40 minutach nerwowego oczekiwania kierowca ambulansu ponownie wciska pedał gazu. Karetka wraca do kliniki, gdzie czeka już zespół fachowców. Około pierwszej w nocy jest już pewne,
że Mazoch nie będzie natychmiastowo operowany. Zespół lekarzy już wie, że skoczek przeżyje tę długą noc. Że jest nadzieja, a modlitwy najbliższych zostały wysłuchane. Całą noc przy
Mazochu czuwają lekarze, a każda minuta utwierdza ich w przekonaniu, że stan rannego nie pogarsza się. W końcu przychodzi niedzielny poranek, który wlał w serca rodziny i kibiców odrobinę
nadziei. Pod klinikę przy ulicy Botanicznej co chwila przychodzili fani skoków, ale także zwykli ludzie, poruszeni makabrycznym wypadkiem na Wielkiej Krokwi. Wszyscy
obawiali się najgorszego, jednak żaden z oczekujących nie dopuszczał do siebie czarnego scenariusza.
Oczekiwanie
Nieco uspokojenia wniosła dopiero informacja przekazana przez rzecznik prasową szpitala Annę Niedźwiedzką tuż po godzinie 13. "Przed chwilą przeprowadziliśmy badania tomografem.
Cały czas konsultujemy się z lekarzami z Pragi. Stan Jana Mazocha nie pogarsza się - powiedziała z wyraźną ulgą. "Cały czas czeski skoczek jest w głębokim śnie. To śpiączka
farmakologiczna. Lekarze wprowadzili go w nią, aby sam nie zrobił sobie krzywdy poprzez ruch czy drgawkę" - wyjaśnia "Faktowi" rzecznik. Wszystkie znaki na niebie i
ziemi wskazują, że najgorsze jest już za nami. Dziś lekarze wybudzą Mazocha ze śpiączki. Dopiero wtedy przekonamy się, jak poważne są obrażenia Czecha. "Kiedy się obudzi,
będziemy mogli go dokładnie przebadać" - dodaje Niedźwiedzka. Jak się nieoficjalnie dowiedzieliśmy, pacjent będzie mógł być operowany w ciągu najbliższych 24 godzin. Ta doba
przesądzi o losie młodego skoczka.