Dziennik Gazeta Prawana logo

Ta doba przesądzi o losie Jana Mazocha

12 października 2007, 15:12
Ten tekst przeczytasz w 3 minuty
Jan Mazoch walczy o życie w krakowskim szpitalu. Skoczek jest w stanie śpiączki. Został w nią wprowadzony przez lekarzy. Był to jedyny sposób, aby uratować mu życie. Jeden mały ruch lub drgawka mogła go zabić. Dopiero gdy Czech zostanie z niej wybudzony, zapadnie decyzja o operacji.

Lekarze wiedzą, że trzeba czekać. Stan jest bowiem krytyczny, ale stabilny. To daje nadzieję na uratowanie mu życia. Nadzieję, na którą złożyły się heroiczny wysiłek i fachowość wielu osób.

Ważna każda sekunda

Prosto spod Wielkiej Krokwi karetka na sygnale przedziera się przez tłumy kibiców. Cel jest jeden - jak najszybciej dotrzeć do szpitala. Liczy się każda sekunda. Skoczek nie odzyskuje przytomności. Nie wiadomo, czy nie ma wewnętrznego krwotoku. Przy upadku z tak dużej wysokości i przy tak wielkiej prędkości zawodnik mógł uszkodzić kręgosłup. Ekipa w pełnym skupieniu i z wyjątkową dokładnością przymocowuje nosze, aby nawet nie drgnęły podczas jazdy. Udaje się. W końcu docierają do szpitala. Tam czeka już zespół lekarzy. Niektórzy zostali ściągnięci w ostatniej chwili.

Droga do życia

Lekarze od razu zarządzają tomografię komputerową głowy i jamy brzusznej. Dobra wiadomość. Nie ma wewnętrznego krwotoku ani urazu kręgosłupa. Ale zawodnik jest w stanie krytycznym. Obrażenia głowy zagrażają jego życiu. Po 40 minutach Mazoch zostaje przewieziony na salę reanimacyjną. Tam stale podawany jest mu tlen. Lekarze przecierają pot z czoła. Okazuje się, że nie można przetransportować skoczka w najbezpieczniejszy sposób, śmigłowcem, do specjalistycznego szpitala w Krakowie. Śmigłowce nie mogą bowiem latać wieczorami. Decydują się, aby przewieźć go karetką. W sali intensywnej terapii Czech zostaje wprowadzony w stan sztucznej śpiączki. Kierowca ambulansu po raz kolejny słyszy, że musi omijać nawet najmniejszą dziurę. Droga z Zakopanego do Krakowa to droga do życia dla Jana Mazocha. Ale nikt nie wie, czy nie zmieni się w drogę śmierci.

Szukanie ratunku

Po ponad dwóch godzinach rozpędzona karetka pogotowia, z potwornym wyciem syreny, pędzi już wąskimi uliczkami krakowskiego kompleksu klinik uniwersyteckich. Nie ma chwili do stracenia. Ciężko ranny skoczek leży na specjalnym stelażu. Przy jego boku ratownicy niemal na głos modlą się o jego życie. W końcu karetka wpada w ulicę Kopernika. Ciężka, stalowa brama szpitala ze zgrzytem otwiera się na oścież. Z tunelu, przez który transportuje się chorych, wybiegają lekarz i pielęgniarka. Karetka jest tuż przy nich. Lekarze nerwowo dyskutują z załogą ambulansu. Coś jest nie tak. Nosze z Janem Mazochem nie wysuwają się z samochodu. Mijają potwornie długie minuty. Jest już pewne, że klinika neurotraumatologii nie jest jeszcze ostatnim przystankiem dla ciężko rannego Czecha. Po kwadransie pełnym grozy i oczekiwania ambulans z piskiem opon opuszcza klinikę. Rusza prosto w stronę oddziału radiologicznego. To tam przygotowywana jest
dokumentacja medyczna pacjenta. Najlepsi krakowscy radiolodzy przeprowadzają tomografię mózgu. Drobiazgowe badania trwają kilkadziesiąt minut.

Pierwsze dobre wieści

Stłoczeni przed wejściem lekarze i ratownicy medyczni z innych karetek kiwają smutnie głowami. Przedłużające się badania potęgują nerwowość. Tymczasem w ultranowoczesnym gabinecie trwają prześwietlenia potłuczonej głowy sportowca. Lekarze z ulgą stwierdzają, że czaszka nie została zmiażdżona. To podnosi szanse na przeżycie o kilkadziesiąt procent i jest pierwszym promykiem nadziei. Po 40 minutach nerwowego oczekiwania kierowca ambulansu ponownie wciska pedał gazu. Karetka wraca do kliniki, gdzie czeka już zespół fachowców. Około pierwszej w nocy jest już pewne, że Mazoch nie będzie natychmiastowo operowany. Zespół lekarzy już wie, że skoczek przeżyje tę długą noc. Że jest nadzieja, a modlitwy najbliższych zostały wysłuchane. Całą noc przy Mazochu czuwają lekarze, a każda minuta utwierdza ich w przekonaniu, że stan rannego nie pogarsza się. W końcu przychodzi niedzielny poranek, który wlał w serca rodziny i kibiców odrobinę nadziei. Pod klinikę przy ulicy Botanicznej co chwila przychodzili fani skoków, ale także zwykli ludzie, poruszeni makabrycznym wypadkiem na Wielkiej Krokwi. Wszyscy
obawiali się najgorszego, jednak żaden z oczekujących nie dopuszczał do siebie czarnego scenariusza.

Oczekiwanie

Nieco uspokojenia wniosła dopiero informacja przekazana przez rzecznik prasową szpitala Annę Niedźwiedzką tuż po godzinie 13. "Przed chwilą przeprowadziliśmy badania tomografem. Cały czas konsultujemy się z lekarzami z Pragi. Stan Jana Mazocha nie pogarsza się - powiedziała z wyraźną ulgą. "Cały czas czeski skoczek jest w głębokim śnie. To śpiączka farmakologiczna. Lekarze wprowadzili go w nią, aby sam nie zrobił sobie krzywdy poprzez ruch czy drgawkę" - wyjaśnia "Faktowi" rzecznik. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że najgorsze jest już za nami. Dziś lekarze wybudzą Mazocha ze śpiączki. Dopiero wtedy przekonamy się, jak poważne są obrażenia Czecha. "Kiedy się obudzi, będziemy mogli go dokładnie przebadać" - dodaje Niedźwiedzka. Jak się nieoficjalnie dowiedzieliśmy, pacjent będzie mógł być operowany w ciągu najbliższych 24 godzin. Ta doba przesądzi o losie młodego skoczka.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj