Od zakończenia poprzednich rozgrywek minęły niespełna trzy miesiące. Nigdy wcześniej nie było tak krótkiej przerwy, ale nigdy też okoliczności nie były tak nietypowe. Pandemia spowodowała wielomiesięczne zawieszenie sezonu 2019/20 i dlatego zakończył się on dopiero w październiku.

Reklama

Start nowego przyspieszyły natomiast kwestie ekonomiczne. Początkowo koszykarze mieli wrócić do gry w styczniu, ale oszacowano, że będzie się to wiązało ze zmniejszeniem wpływów ligi o około miliard dolarów. Szlagierowe spotkania rozgrywane w święta Bożego Narodzenia to niemal tradycja.

Spotkanie w Los Angeles poprzedziła ceremonia wręczenia Lakers mistrzowskich pierścieni. Pod dach hali nie wciągnięto jednak tradycyjnego baneru informującego o zdobytym tytule. Klub zdecydował, że nastąpi to dopiero, gdy na trybunach będą mogli zasiąść kibice.

Być może to podniosły nastrój spowodował, że Lakers zaczęli mecz słabo. Clippers uchodzą za ich najgroźniejszych rywali w Konferencji Zachodniej i szybko zaczęli to potwierdzać. Już po pierwszej kwarcie prowadzili różnicą 20 punktów.

Lakers mozolnie odrabiali stratę i w trzeciej części gry doprowadzili do remisu. Na więcej nie było ich jednak stać. Rywale natychmiast podkręcili tempo i po kilku minutach znów mieli bezpieczną, kilkunastopunktową przewagę.

"Skupiamy się na sobie, nie na Lakers. Oni mieli świetny poprzedni sezon, zdobyli mistrzostwo i nikt im już tego nie zabierze. Teraz jednak wszystko zaczyna się od początku" - podkreślił trener Clippers Tyronn Lue, który objął zespół w październiku.

Clippers do wygranej poprowadził Paul George, który zdobył 33 punkty, trafiając 13 z 18 rzutów z gry. Solidne wsparcie zapewnił mu Kawhi Leonard - 26 pkt. Wśród pokonanych najlepszy był LeBron James - 22 pkt.

"Okoliczności nie są idealne. Mieliśmy bardzo krótką przerwę i trzeba uważać z obciążeniem zawodników, aby nie złapali kontuzji. Nie zmienia to jednak faktu, że dziś każdy powinien zagrać lepiej" - przyznał szkoleniowiec Lakers Frank Vogel.

O ile Lakers do gry wrócili po niespełna trzech miesiącach, to są też drużyny, które meczu o stawkę nie rozegrały od marca. Wszystko dlatego, że dokończenie sezonu 2019/20 nastąpiło bez najsłabszych ekip w momencie przerwania.

W tym gronie są Golden State Warriors. Mistrzów z lat 2015, 2017 i 2018 wciąż nie opuszcza pech. Kolejny sezon straci bowiem Klay Thompson. Słynny strzelec nie gra od czerwca 2019 roku, kiedy zerwał więzadło w kolanie. W listopadzie natomiast zerwał ścięgno Achillesa. W spotkaniu z Nets z powodu drobnego urazu nie mógł też zagrać Draymond Green.

W ekipie "Wojowników" na wyróżnienie zasługuje jedynie James Wiseman. Wybrany z drugim numerem w tegorocznym drafcie 19-letni środkowy zdobył 19 punktów. Jego koledzy mieli natomiast duże problemy ze skutecznością. Stephen Curry, Andrew Wiggins i Kelly Oubre trafili łącznie tylko 14 z 51 rzutów z gry. W efekcie Warriors praktycznie nie nawiązali walki. W pewnym momencie przegrywali różnicą aż 38 punktów.

Nowojorczycy za to wreszcie pokazali prawdziwy potencjał. Włodarze klubu już latem ubiegłego roku zakontraktowali Kevina Duranta, który potrzebował jednak wielu miesięcy, aby wyleczyć zerwano ścięgno Achillesa, jeszcze za czasów gry w Warriors. Debiutujący w nowym zespole Durant i drugi gwiazdor Nets - Kyrie Irving na parkiecie przebywali tylko po 25 minut, a zdobyli w tym czasie, odpowiednio, 22 i 26 pkt.

"Z mojego powrotu do gry starałem się nie robić wielkiej sprawy. Koszykówką zajmuję się odkąd skończyłem osiem lat, więc musiałem tylko sobie przypomnieć to, co już potrafię" - powiedział Durant.

Sezon zasadniczy 2020/21 zakończy się 16 maja. Każda z drużyn rozegra w nim 72 spotkania, co oznacza dziesięć mniej niż zwykle. Wszystko wskazuje na to, że tym razem nie będzie tradycyjnego Meczu Gwiazd. Mistrz natomiast najpóźniej zostanie wyłoniony 22 lipca, czyli tuż przed rozpoczęciem letnich igrzysk olimpijskich w Tokio.