Michał Bieniek to jeden z najzdolniejszych polskich skoczków wzwyż. Niestety, mimo znakomitego rekordu życiowego (2.35), na najważniejszych imprezach kompletnie zawodzi. Jego trener Bogumił Mańka wie jednak czemu. "Gdyby PZLA zamiast pijaków wysłał do Pekinu trenerów, chociażby mnie, Bieniek wróciłby ze srebrnym medalem" - żali się Mańka.
Zdaniem Mańki Bieniek na igrzyskach mógł liczyć się nawet w walce o srebro. Skończyło się jednak tylko na eliminacjach.
Wynik mojego podopiecznego był słaby (2,20 m), bo przez trzy tygodnie nie miałem z nim kontaktu. Szkoda, bo jego dyspozycja w momencie startu w Pekinie była naprawdę wysoka" - powiedział "Przeglądowi Sportowemu".
Bardziej krytyczne w stosunku do Bieńka jest mistrz olimpijski Jacek Wszoła. "Zawodnik musi się samemu odnaleźć na zawodach. Nie może być tak, ze stale przegrywa ważne starty, bo wiecznie coś mu przeszkadza" - podsumowuje Wszoła.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Powiązane