Jeszcze nie zaczął się sezon, a pan już straszy rywali – trzykrotnie przekraczając 80 m w Miami Hurricane Alumni i rzucając 83 m podczas nieoficjalnych zawodów w Bradenton na Florydzie. Już teraz chciał pan pokazać konkurentom, że w roku mistrzostw świata obrońca tytułu jest bardzo mocny?
Mistrzostwa świata w Londynie jednak dopiero za trzy miesiące (4-13 sierpnia) i w takich przypadkach kibice martwią się, czy wysoka forma nie przyszła zbyt wcześnie?
Przed sezonem zaszło u pana kilka istotnych zmian. Najważniejsza to powrót do trenerki Jolanty Kumor, która namówiła pana do uprawiania lekkoatletyki. Rozstanie po latach współpracy z Czesławem Cybulskim było dobrą decyzją?
Nie jest trochę tak, że to pan – jako uczeń, który przerósł mistrza - w tym teamie szkoleniowym jest kapitanem i ustala reguły?
Do sezonu przygotowywał się pan na Florydzie, a nie w Kalifornii, gdzie zimą trenuje większość lekkoatletów z Polski. Dlaczego wybrał pan ten kierunek?
Udało się zobaczyć Miami Beach albo słynną bazę statków kosmicznych i centrum NASA na Przylądku Canaveral?
Dzięki wyjazdowi na Florydę uniknął pan też wplątania w aferę alkoholową z udziałem polskich lekkoatletów w ośrodku treningowym Chula Vista w Kalifornii, która zostawiła rysę na wizerunku reprezentacji.
Zimą zmienił pan nie tylko sztab szkoleniowy, ale też miejsce zamieszkania - z Poznania na Żarowo. Bliskość rodziny pomaga czy może absorbuje zbyt wiele uwagi taty dwuletniej Laili?
Jakie jest pana zdanie w toczącej się dyskusji na temat pomysłu Europejskiego Stowarzyszenia Lekkoatletycznego (EA) o unieważnieniu najlepszych wyników uzyskanych przed 2005 rokiem?
W tej chwili można w ogóle marzyć o poprawienie rekordu Siedycha, który jest o blisko trzy metry lepszy od pańskiego rekordu Polski (83,93 m)?
Z optymizmem patrzy pan w przyszłość, co oznacza, że niepowodzenie w igrzyskach w Rio de Janeiro to już zamknięty rozdział w karierze?
Jakie wnioski można wyciągnąć z takiej surowej lekcji?
To chyba przed Londynem nie obieca pan trzeciego z rzędu złota mistrzostw świata?