Andrejczyk zwyciężyła w sobotę we Włocławku z najlepszym wynikiem w sezonie 62,66. Jej rezultat jest rekordem krajowego czempionatu, który do tej pory należał Barbary Madejczyk, która w 2005 roku uzyskała 61,05.

Reklama

"Cieszę się, że pomimo perturbacji zdrowotnych w sezonie udało mi się wrócić na fajny poziom, który pozwala na stabilizację wyników powyżej 60 metrów. Nie można jednak powiedzieć obiektywnie, że moja przewaga nad dziewczynami była na poziomie 10 metrów, co pokazują rezultaty, bo wiatr dziś kręcił. Ja rzucam na nieco wyższych pułapach i mój oszczep po prostu się przebijał, dlatego było mi łatwiej" - powiedziała Andrejczyk, czwarta zawodniczka igrzysk olimpijskich w Rio de Janeiro z 2016 roku.

Rekordzistka Polski przyznała, że rewelacyjnie startuje się przy tak fantastycznym dopingu, jak we Włocławku, gdzie kibice żyją "królową sportu" i popisami swoich idoli.

Pytana przez PAP o stabilizację w technice przyznała, że gdyby w każdym rzucie luźno uzyskiwała powyżej 60 metrów, to w kolejnych startach byłoby można liczyć na jakiś "wystrzał".

"Jeszcze nie czuję, że to wszystko jest aż tak stabilne. Dzisiaj rzucałam troszeczkę wyżej niż zazwyczaj. Sama jestem siebie ciekawa, bo przede mną w tym sezonie jeszcze cztery starty. Wystąpię na Memoriale Kamili Skolimowskiej, później po raz pierwszy zmierzę się z rywalkami z Europy w Ostrawie. 23 września zakończę sezon u mnie w Suwałkach i mam nadzieję, że kibice tam też dopiszą" - podkreśliła wyraźnie zadowolona oszczepniczka.

Dodała, że i tak już zrobiła w tym sezonie to, co do niej należało, bo po operacji stawu skokowego w połowie maja nie sądziła, że zbliży się do 60 metrów.

"Jeżeli uda mi się coś dołożyć, to super, ale nie chcę się napalać, bo jeżeli się napalę, to wychodzi jak w ostatniej próbie dzisiaj, czyli dramatycznie" - powiedziała.

Andrejczyk przyznała, że rozbieg nadal jest tym elementem, nad którym musi ciężko popracować zimą, żeby jeszcze lepiej wyglądać w sezonie olimpijskim 2021.