"Plusy ustawienia, w jakim Polska zaczęła mecz przeciwko Armienii, są takie, że mieliśmy aż trzech piłkarzy w samym środku pola, dzięki czemu łatwo było odebrać piłkę i wprowadzać ją w boczne sektory boiska. Jednak istotą jest, aby wspomniana trójka potrafiła długo utrzymać się przy piłce, wymieniając podania. I o ile, z odbiorem było dobrze, o tyle z innymi elementami gorzej" - twierdzi Michniewicz.
"Przede wszystkim szwankowało pierwsze podanie po odbiorze - albo było niecelne, albo zwalniało grę. Problem polegał na tym, że każdy z graczy środka - Łukasz Garguła, Mariusz
Lewandowski i Przemysław Kaźmierczak - za szybko próbował zagrywać piłkę do Macieja Żurawskiego lub do bocznych pomocników. Gargule zdarzało się też - z konieczności, bo inni nie
wychodzili do podań - za długo prowadzić piłkę. A przecież chodziło o to, by budując grę w środku pola, zmusić przeciwnika, by zbliżył się do nas - wówczas otwierają się boki. Wydaje
mi się, że tak właśnie chciał grać Beenhakker - przede wszystkim skrzydłami. Nie pozwolił na to trochę zbyt chaotyczny środek, bo przez cały mecz chyba nie zdarzyło się, by ci trzej
pomocnicy ustawieni w centrum pola wymienili podania między sobą" - dodaje szkoleniowiec Zagłębia.
Zdaniem znanego trenera proste błędy środkowych pomocników wynikały przede wszystkim z małej ruchliwości w grze bez piłki. "Zawodnicy nie pokazywali się na pozycjach. Z kolei gdy do
środka schodził Maciej Żurawski, ściągając za sobą obrońców, robił się dodatkowy, niepotrzebny tłok - dwudziestu piłkarzy na skrawku murawy. Tam nawet minimalnie niedokładne podanie
oznaczało stratę (a o niedokładność było łatwo na kiepskiej murawie). <Żuraw> albo powinien czekać bardziej z przodu, albo jego miejsce automatycznie powinien zajmować jeden z
dwóch pomocników - Garguła lub Kaźmierczak. Ten drugi - przewidziany do tego - nawet próbował to robić, ale zbyt statycznie. Wychodził do przodu i stawał, zamiast biec na prostopadłe
piłki. Poza tym nie do końca nadawał się do roli, którą powierzył mu selekcjoner. Kaźmierczak jest zawodnikiem obdarzonym bardzo silnym uderzeniem z dystansu, jednak nie umie obrócić się z
piłką, nie wygra sytuacji jeden na jednego. Potrzebuje przestrzeni. Gdy przechodził do pierwszej linii, pod samych obrońców, brakowało mu atutów." - twierdzi.
"Kiedy Żurawski schodził po piłkę, podążał za nim przynajmniej jeden obrońca i z przodu robiła się luka. W te wolne miejsca powinni na pełnej szybkości wbiegać Jakub
Błaszczykowski lub Jacek Krzynówek. Taki był zamysł, ale ponieważ brakowało gry w środkowej strefie, brakowało i dobrych, prostopadłych piłek do skrzydłowych. Podawaliśmy im od razu, do
boku, zamiast poczekać, aż rozpędzą się i ruszą na odpowiednią pozycję" - uważa trener "Miedziowych".
Według Michniewicza, dla Błaszczykowskiego i Krzynówka spotkanie z Armenią było bardzo trudnym meczem. "Cały czas musieli grać przeciwko dwóm rywalom. Krzynówek, dopóki miał
siły, czyli w pierwszej połowie, radził sobie z tym dobrze. Błaszczykowski widoczny był, gdy sił zabrakło rywalom. A poza tym? Gdybyśmy grali dwoma napastnikami, Błaszczykowski mógłby
próbować rozegrać piłkę z jednym z nich. Natomiast ponieważ graliśmy tylko Żurawskim, biegającym między stoperami, skrzydłowi byli osamotnieni. <Żuraw> kilka razy do nich
zszedł, ale wówczas kompletnie nikogo nie było w środku, więc taki zabieg nie miał większego sensu - lepiej było liczyć, że Błaszczykowski lub Krzynówek poradzą sobie w
pojedynkę" - kontynuuje sympatyczny szkoleniowiec.
"Bocznym pomocnikom nie pomagali boczni obrońcy, ale to znowu był efekt braku utrzymania się przy piłce w trójkącie Lewandowski - Garguła - Kaźmierczak. Obrońcy po prostu nie
zdążyli włączać się do akcji, bo drużyna na nich nie czekała. Zabrakło takiego inteligentnego podprowadzenia Wasilewskiego i Żewłakowa do przodu. Wówczas można byłoby rozgrywać piłkę
choćby metodą na obiegnięcie, jak w pamiętnym meczu z Portugalią" - wspomina.
"Jeszcze jeden powód, dlaczego skrzydła nie funkcjonowały idealnie - zwłaszcza Błaszczykowski ustawiał się zbyt blisko obrońcy. Z tego względu gdy szło podanie, mieliśmy zwykły
pojedynek biegowy - kto pierwszy, nasz, czy ich. A przecież gdyby Kuba grał trochę dalej od obrońców i w odpowiednim momencie startował do podań, wówczas mielibyśmy walkę zupełnie inną -
nasz rozpędzony zawodnik kontra ich obrońca, który dopiero rusza do piłki. W systemie, który zastosowaliśmy, dynamiczne rajdy naszych skrzydłowych są kluczowe..." - twierdzi
Michniewicz.
Ale to nie koniec o personaliach. "Ważną rolę do odegrania miał Lewandowski, ale za dużo zagrywał piłek nijakich, trochę nieprzemyślanych. Garguła, bohater meczu z Azerbejdżanem,
tym razem znów był widoczny, ale grało mu się znacznie trudniej. Przede wszystkim, gdy graliśmy dwójką napastników, miał na boisku więcej wyboru, więcej możliwości zagrania. A tak, gdy
wszyscy piłkarze byli za linią piłki, a z przodu Żurawski pokryty, nasz rozgrywający musiał szukać trudnych rozwiązań. Nie miałbym do niego pretensji" - zastanawia się opiekun
Zagłębia.
"Z Azerbejdżanem mieliśmy sporo szczęścia, bo każdy stały fragment gry oznaczał bramkę. Poważna drużyna może dać sobie strzelić ze stojącej piłki jednego gola, ale nie cztery
- jak Azerowie. W ogóle taktycznie Azerbejdżan grał byle jak. Natomiast Ormianie zrobili co mogli, by nam zabrać punkty. Byli ruchliwi, zdeterminowani, nie wybijali piłki na oślep. To nie był
zespół, z którym można przegrać, ale zespół, z którym można pechowo zremisować. I całe szczęście na to nie pozwoliliśmy..." - kończy były trener Lecha.