Dlatego wycofano się z projektu wyborów w tym roku, żeby ratować chociaż proces walki z korupcją w naszym futbolu. Wszystko wskazuje na to, że gdyby wybory zostały przeprowadzone w ustalonym wcześniej terminie (do 30 listopada), zwyciężyliby w nich ludzie, którzy rządzą PZPN w tej chwili - pisze "Fakt".
To oznaczałoby nie tylko kolejne zmarnowane lata dla naszego futbolu, ale też zahamowanie zwalczania korupcji. Wybory oznaczałyby rozwiązanie obecnego Wydziału Dyscypliny, który skutecznie zajął się aferą korupcyjną w naszej piłce.
Gdyby wygrali ludzie obecnego prezesa Michała Listkiewicza, oznaczałoby to powrót do starej metody traktowania korupcji w naszym futbolu, czyli przymykania na nią oka, a wręcz cichego przyzwolenia na takie praktyki. Przecież ludzi "Listka" wybrałby nowy Wydział Dyscypliny spośród swoich zauszników i to oznaczałoby koniec walki z oszustami.
To pasuje Listkiewiczowi, który teraz znowu poczuł się pewnie po tym, jak premier odwołał jego głównego przeciwnika, ministra Lipca. "Wybory w tym roku przeszkodziłyby walce z korupcją, dlatego lepiej przełożyć je na inny termin" - szybko podchwycił pasujący mu argument.
Szkoda tylko, że "Listek" nie martwił się wcześniej, zanim zajął się tym niedawno powołany Wydział Dyscypliny. Ponad 80 osób zatrzymanych w związku z korupcją w polskiej piłce, sześć klubów ukaranych za handlowanie meczami (kolejne już wkrótce) - oto bilans rządów Listkiewicza, który teraz udaje, że martwi się o proces walki z przekrętami. W rzeczywistości po to, żeby jak najbardziej przedłużyć swoje rządy w polskim futbolu.