Miesiąc przed igrzyskami reszta naszej chyba trochę oniemiała na widok wyczynów lidera. Mogę uwierzyć, że Kot się na razie czai, Hula się jeszcze bardziej rozhula, a Żyła wyżyłuje odległość, gdy przyjdzie taka potrzeba. Martwi mnie natomiast pobożność naszego pogromcy igielitu, co do którego wciąż żywimy uzasadnione nadzieje medalowe. Dawid Kubacki nie przestaje się żegnać przed skokiem. Żona uznaje to za jeszcze jeden dowód na przewagę narciarstwa alpejskiego. Mówi, że nie byłoby problemu, gdyby miał kijki - pisze na łamach "Gazety Wyborczej" mąż Agaty Passent.

Reklama

Dalibóg, w żadną pracę z psychologiem nie uwierzę, dopóki to nerwowe "Wymię ojca…" będzie poprzedzało każdy dojazd do progu. Wygląda na to, że w przypadku skoczka z Nowego Targu wiara w Boga jest silniejsza od wiary w siebie - podkreśla Kuczok.

Na tym nie koniec. Pisarz idzie dalej. Sportowcy manifestujący wiarę podczas transmitowanych zawodów obrażają moje uczucia ateistyczne, choć mniej mnie drażnią tacy, którzy po odniesionym sukcesie dziękują Bogu, niż ci, którzy wzywają go na pomoc przed startem. Skoczek, który pół roku temu miażdżył rywali jeszcze bezlitośniej, niż czyni to obecnie Kamil Stoch, nie powinien się zachowywać jak pan Zenek z aerofobią, który umiera ze strachu w kołującym aeroplanie. Mateczko Boska, jak się nie przeżegnam, to spadniemy. A przecież Bóg nie ogląda skoków narciarskich - od kiedy istnieje TV Trwam, nie przełącza na inne kanały - kończy Kuczok.