Pistorius, któremu amputowano nogi, kiedy nie miał jeszcze roku, zwrócił na siebie uwagę całego świata kilka miesięcy temu. Wyprzedził sześciu pełnosprawnych rywali i został wicemistrzem RPA w biegu na 400 metrów. "Moim celem są teraz igrzyska w Pekinie" - ogłosił.

Nie wszyscy jednak podzielali euforię Pistoriusa. Jego przypadek stał się dla IAAF twardym orzechem do zgryzienia. Szczegółowe badania mają przynieść odpowiedź na pytanie, czy protezy dają niepełnosprawnemu biegaczowi przewagę nad rywalami - pisze DZIENNIK.

Starty w Rzymie i Sheffield spowodowały u Pistoriusa wybuchy frustracji. Najpierw oskarżył IAAF, że prowadzi w jego sprawie śledztwo w stylu FBI - filmuje go po kryjomu, a żaden z badaczy nigdy się z nim nie skontaktował. W Sheffield zdyskwalifikowano go za przekroczenie toru (przybiegł ostatni). Biegacz skrytykował federację za brak profesjonalizmu i dyskryminację niepełnosprawnych.

Zarzucił też władzom, że ich niezdecydowanie "zmarnowało mu sezon”. "Najpierw zabronili mi startów, więc wróciłem do treningu zimowego" - skarżył się Pistorius. "Miesiąc temu, kiedy zostałem dopuszczony do zawodów, znów musiałem zmienić cykl przygotowań na letni" - dodał.

Na reakcję światowych władz lekkoatletyki nie trzeba było długo czekać. "Nigdy nie zabroniliśmy Oscarowi startów" - powiedział Nick Davies, rzecznik IAAF. "Cztery tygodnie temu nie uchyliliśmy zakazu, a jedynie wyjaśniliśmy mu, że może brać udział w zawodach" - wyjaśnił. Davies zapewnił, że federacja nie ma nic przeciwko niepełnosprawnym lekkoatletom. Istnieje jednak przepis, który zabrania korzystania z pomocy technicznych.

Dodał, że wątpliwości rozpatrywane są na korzyść Oscara. "Szczególnie dziwne jest gadanie o tym, że to ktoś ze światowej federacji powinien do niego zadzwonić Chyba powinno być odwrotnie. W końcu to my jesteśmy organem zarządzającym, a Pistorius chce brać udział w naszych zawodach. Myślę, że Oscar powinien się trochę uspokoić i uszanować fakt, że to my płacimy za te badania, a nie on" - wyjaśnił Davies.

Wstępne analizy nagrań z Rzymu nie są pomyślne dla Pistoriusa. "Wygląda na to, że elastyczność protez rzeczywiście niesie dodatkowe korzyści" - powiedział Elio Locatelli odpowiedzialny w IAAF za badania i rozwój. Jeśli dodatkowe testy to potwierdzą, protezy dołączą do listy zabronionych pomocy technicznych - pisze DZIENNIK.

Doktor Ross Tucker ze sportowego instytutu naukowego w RPA uważa, że od kiedy Pistoriusem zainteresowały się media, sprawa biegacza nabrała emocjonalnego wymiaru. Naukowe dowody stały się mniej istotne. "Myślę, że grozi to otwarciem prawdziwej puszki Pandory, nowej fali technologicznego dopingu w sporcie" - powiedział Tucker, którego nie raz krytykowano w RPA za sceptyczny stosunek do sukcesów biegacza. Tucker uważa, że gdyby produkcją protez z włókna węglowego zajęły się Nike lub Adidas, rekord na 400 m w ciągu 5 lat spadłby poniżej 40 sekund. Obecny, ustanowiony 8 lat temu przez Michaela Johnsona, wynosi 43,18 sekund.

Pistorius najprawdopodobniej nie pojedzie na mistrzostwa świata do do Osaki. Z bardzo prozaicznego powodu - jego rekord życiowy (46,34 s) jest o ponad 0,4 s słabszy niż wymagane minimum. Jeśli chodzi o igrzyska w Pekinie, sprinter będzie musiał zdać się na decyzję IAAF. W przyszłości pewnie dwa razy zastanowi się, zanim wypowie kolejną krytyczną uwagę pod adresem federacji. Kto wie, może właśnie pisze do IAAF list z przeprosinami.