Kiedy wyjeżdżał pan na Wschód, wiele osób pukało się w głowę i pytało, gdzie się pan pcha. Teraz okazuje się, że niewielu polskich piłkarzy gra w klubie równie dobrym jak pan.
Myślę, że dopiero rok temu po meczu z Legią w eliminacjach Ligi Mistrzów wszyscy w Polsce zauważyli, że Szachtar to silny i bogaty klub. Wcześniej musiałem odpowiadać na wiele głupich pytań, typu: po co wyjechałeś z Polski, przecież u nas zarobiłby tyle samo. Nie chciałem być niemiły i odpowiadałem, że mam troszeczkę lepiej. W duchu jednak chciało mi się śmiać. W tym roku Szachtar wydał na transfery 86 milionów dolarów. Rok temu podobnie. To są kolosalne pieniądze i nie ma nawet najmniejszego porównania z naszymi klubami. Teraz wygrywamy w Lidze Mistrzów i już chyba wszyscy w Polsce wiedzą, że gram w klasowym zespole.

Wszystko to dzięki pieniądzom właściciela klubu Rinata Achmetowa. Co to za człowiek?
W Doniecku szanują go wszyscy. I trzeba przyznać, że ten szacunek mu się w pełni należy. Achmetow daje pracę 180 tysiącom ludzi, których zatrudnia w swoich kopalniach, hutach, firmach. W Polsce też są ludzie, którzy mają wielkie pieniądze, ale żaden z nich nie jest takim fanatykiem futbolu jak Achmetow. On nie rządzi klubem twardą ręka. Nie wymaga natychmiastowych sukcesów. Dlatego trenerzy w Szachtarze zmieniają się bardzo rzadko.

Achmetow jest też wspaniałomyślny dla kibiców. Wozi ich na wyjazdowe mecze samolotami, za darmo wpuszcza na mecze...
Za darmo to przesada. Trzeba za nie płacić, ale raczej symbolicznie - około trzech hrywien, czyli dwa złote. Dla klubu dochody z biletów w budżecie niewiele znaczą. Achmetowa stać też na udostępnianie kibicom swoich samolotów na wyjazdowe mecze Ligi Mistrzów. Dla niego to nie są duże pieniądze. On wie, że mieszkańców Ukrainy nie stać na wyprawę do Portugalii. Wie też, że kibice na wyjeździe nie będą sprawiać mu żadnych kłopotów. Tutaj ludzie są spokojni i na trybunach nie ma żadnych awantur. Na finał Pucharu Ukrainy przyjeżdża 30 tys. naszych kibiców i drugie tyle z Kijowa, ale nie biją się, tylko chodzą razem po ulicach i robią sobie wspólne zdjęcia. To nie jest Polska, gdzie niemal każdy mecz oznacza "stan wojenny".

Jednym z waszych kibiców jest też były premier Wiktor Janukowycz.
To prawda, przychodzi na nasze mecze i bardzo interesuje się wynikami Szachtara. Jeśli gramy jakieś ważne spotkanie, to możemy być pewni, że Janukowycz usiądzie na trybunach razem z Achmetowem.

Wyniki wyborów do ukraińskiego parlamentu pewnie nikogo w Doniecku nie cieszą. W centrum miasta na Placu Lenina widzieliśmy już manifestację przeciwko nowej "biało-pomarańczowej" koalicji.
To jest specyficzny region. Tu jest Ukraina, ale nikt tu nie rozmawia po ukraińsku. Ludzie są tu bardzo związani z Rosją, do której jest stąd bardzo blisko.

Teraz w klubie macie prawdziwego komunistę, Włocha Cristiano Lucarelliego. Rozmawiał już z nim pan o jego lewackich poglądach?
To świetny facet i mam z nim bardzo dobry kontakt. Ale jego poglądy polityczne zupełnie mnie nie interesują. To jego sprawa. Najważniejsze, że jest to dobry kolega i świetny piłkarz. W ogóle w Szachtarze zebrał się teraz znakomity kolektyw.

Jakie cele stawia teraz przed wami Achmetow?
Prezydent klubu jest realistą. Zawsze myśli o kolejnym, małym celu na daną chwilę. Teraz mamy zadanie wyjść z grupy. Myślę, że już dorośliśmy do sukcesów. W pucharach gramy regularnie od lat. W zeszłym sezonie zabrakło nam tylko trochę szczęścia, żeby awansować do finału Pucharu UEFA. Gol bramkarza Sevilli Andresa Palopa w doliczonym czasie gry podciął nam zupełnie skrzydła. Do końca sezonu już nic nam nie wychodziło: przegraliśmy ligę, puchar, wszystko, co się dało. Ten sezon jest zupełnie inny. Wychodzi nam praktycznie wszystko. W lidze mamy już 10 punktów przewagi nad Dynamem Kijów. Tego jeszcze nie było w historii, bo zwykle szliśmy łeb w łeb.

Po sukcesach w Lidze Mistrzów teraz czas na reprezentację. Myśli pan, że Kazachowie są w stanie zrobić nam krzywdę?
Najlepiej, gdyby okazało się, że ich na to nie stać. To jest dla nas bardzo ważny mecz, musimy spiąć się, jakby to był finał mistrzostw Europy. Mamy olbrzymią szansę na awans i musimy ją wykorzystać. Przez ostatni rok wykonaliśmy naprawdę ciężką pracę. Jeśli nie awansujemy, to będzie dla mnie wielki zawód.

W Szachtarze mocną pozycję ma pan już od wielu lat. W reprezentacji dopiero za kadencji Leo Beenhakkera stał się pan jednym z liderów.
Szczerze przyznam, że długo czekałem na ten moment. Chciałem w kadrze odgrywać tak samo ważną rolę jak w klubie. W Szachtarze szacunek dla mnie jest czymś naturalnym. Dłużej niż ja w klubie gra tylko trzeci bramkarz Szutkow. Do zespołu przychodzą coraz to większe i droższe gwiazdy, a ja i tak w najważniejszych meczach mam miejsce w składzie. Czasem jednak trener daje nam odpocząć. Rotacje w składzie są nam bowiem potrzebne. Gramy co trzy dni, a kadrę mamy szeroką. Na ławce siedzi np. reprezentant Serbii Duljaj, a przecież wydano na niego duże pieniądze. Jest dobrym zawodnikiem i też musi grać.

W kadrze przez wiele lat uchodził pan za specjalistę od niezbyt skomplikowanych zadań, a teraz okazuje się, że nie ma pan problemów z rozgrywaniem piłki. Rozwinął się pan w Szachtarze?
Na pewno wcześniej nie grałem w kadrze tak dobrze jak teraz. Czasem wychodził mi jeden dobry mecz i myślałem, że to już to. Ale zaraz potem przychodził słabszy występ. Nie było stabilizacji formy. Być może miał na to wpływ ówczesny styl gry drużyny narodowej, który nie pozwalał pokazać mi tego, co prezentowałem w klubie. U trenera Pawła Janasa miałem dwa zadania: odbiór i walka. Teraz więcej rozgrywam. Nie powiem jednak, że trener Janas tego ode mnie nie wymagał. Szanuję go, ale styl Beenhakkera bardziej mi odpowiada. Najbardziej podoba mi się jego podejście do zawodników. Widać, że to człowiek, który ma jakąś wizję naszej gry i potrafi wykrzesać z nas wszystkie możliwości. Podoba mi się, że jest taki spokojny, rozważny. Nie ma dla niego różnicy, czy błąd popełni młody, czy stary zawodnik. U niego każdy ma prawo do potknięć. Jeśli trener widzi, że chciałeś dobrze, a twoja pomyłka nie wynika tylko ze strachu, to nie ma pretensji.

Beenhakker też potrafi wybuchnąć.
Od czasu do czasu. W przerwie meczu z Rosją wybuchnął, ale zrobił to kulturalnie. Miał prawo i obowiązek nerwowo zareagować, bo to, co pokazaliśmy, to była tragedia. Jego wybuch poskutkował i w drugiej połowie spisaliśmy się o niebo lepiej. To właśnie cechuje dobrego trenera, że potrafi wpłynąć pozytywnie na drużynę.

Karierę będzie pan kończył w Polsce?
To jest piłka i nie wiem, gdzie będę grał za kilka lat, ale do polskiej ligi raczej nie wrócę. Miałem propozycje z Anglii, Rosji, ale wcale mnie tam nie ciągnie. Tu mam ustabilizowaną pozycję, prezydenta klubu, który daje mi wszystko, co potrzebuję, piękne miasto, w którym rodzina czuje się bardzo dobrze. Po co mam to zmieniać? Dostanę gdzieś trochę lepsze pieniądze, ale będę musiał się do wszystkiego przyzwyczajać. A co będzie, jeśli mi się nie ułoży. Finanse nie są najważniejsze.

Ale w Szachtarze na pewno nie gra pan za takie same pieniądze jak siedem lat temu. Ile podwyżek w tym czasie pan dostał?
Trochę ich było. Przychodzą nowi zawodnicy z wysokimi kontraktami, ale prezydent pilnuje, żeby w zarobkach piłkarzy nie było zbyt wielkich różnic, które powodowałyby niepotrzebne podziały. A zatem im Szachtar jest silniejszy, tym wszyscy mamy lepiej.