Korona Kielce razem z Legią Warszawa po pierwszej kolejce na prowadzeniu w ekstraklasie. Pana drużyna będzie bić się o mistrzostwo?

Marek Motyka: Spokojnie, dopiero co wyszliśmy z czyśćca po karnej degradacji. Ograliśmy Polonię Warszawa 4:0 na dzień dobry, ale za długo siedzę w piłce, żeby się podniecać. Pamiętam jak w poprzednim sezonie po kilku zwycięstwach nosili mnie na rękach w Bytomiu, a jak dwa razy przegrałem to mnie pozamiatali. Nie ma co się napinać. Za tydzień gramy z najlepszą drużyną w lidze - Lechem Poznań. Jak i ich tak ogramy to może popadnę w euforię.

Tak naprawdę to powinniście walczyć o tę ekstraklasę w barażach, dostaliście ten awans na skutek decyzji PZPN podjętej przy zielonym stoliku...

Byliśmy gotowi na to aby wywalczyć sobie ten awans w barażach, ale skoro okazało się, że awansowalibyśmy bez niego, to nie mamy zamiaru się na PZPN obrażać. Zresztą po pierwszym meczu widać, że nie odstajemy od towarzystwa poziomem.

Dotychczas kojarzył się pan z trenerem, który prowadzi kluby walczące o utrzymanie, które ledwo wiążą koniec z końcem. Korona to chyba pierwszy w miarę poukładany klub w pana karierze...

A żeby pan wiedział, jakiegoś pecha miałem. Gdzie nie poszedłem to wszystko się waliło. Do takiego Górnika Zabrze trzy razy wracałem i zawsze przegrywałem z jakimiś układami, polityką, podchodami i biedą. Ze Szczakowianki zwolnili mnie po trzech miesiącach. O Polonii Bytom mówiłem. Najdłużej pracowałem rok - w Polonii Warszawa. Marzy mi się aby ktoś mnie wreszcie rozliczył po dwóch, trzech latach pracy. W polskich warunkach o takim komforcie mogą mówić tylko nieliczni trenerzy. Przecież to jest chore.

Mówił pan, że Korona wyszła z czyśćca. Sądzi pan, że polska liga nie jest już skorumpowana?

Cieszę się widząc tych młodych sędziów, którzy popełniają koszmarne błędy, kiedy jednak wiem, że chłopak po prostu się myli, a nie w ordynarny sposób mnie „kroi”. Wolę uczciwą amatorkę niż profesjonalne draństwo. Życie w piłce nauczyło mnie, że nie można za nikogo dać sobie ręki obciąć, ale pewnym jestem wyłącznie tego, że umrę. Teraz jest jednak wyraźnie uczciwiej. Jak wszyscy nauczą się funkcjonować w innej rzeczywistości to i ta liga będzie coraz lepsza. Trzeba dać jej trochę czasu. Jak będziemy tkwić w tej atmosferze podejrzliwości, to zwariujemy. Fakt, że biznesmeni klasy Solorza zaczynają inwestować w ten sport oznacza, że liga będzie zdrowsza. Nie wierzę aby ludzie tej klasy składali się na mecze, które trzeba kupić. Straciliby dobry wizerunek, na który pracowali w innych dziedzinach.

Nie szkoda panu piłkarzy ŁKS, których zdegradowano, bo działacze nie dostarczyli na czas jakichś dokumentów?

Szkoda i szczerze mówiąc wierzyłem, że jednak będą grać w ekstraklasie. Z drugiej strony są argumenty, że wreszcie jakiś klub powinien być naprawdę ukarany za niespełnienie wymogów licencyjnych. Trzeba by to jakoś wyważyć. Ja tego nie potrafię. Przychylam się jednak do zdania piłkarzy ŁKS.

Jako trener zasłynął pan z tzw. szarańczy. Przed wybiciem rzutu rożnego pana piłkarze biegają jak oszalali po polu karnym aby zmylić przeciwnika. W Koronie też pan będzie ją stosował?

Oczywiście. To mój znak firmowy, prawdziwy konik. Na początku to się nawet denerwowałem jak się ze mnie śmiali, ale teraz? Przecież to mój patent. Naprawdę w piłce nie jest już łatwo coś nowego wymyślić. Mało tego, to jest skuteczne. Element zaskoczenia we współczesnym futbolu ma ogromne znacznie. W zeszłym sezonie w osłupienie wprowadził mnie trener Jagiellonii Michał Probierz, który zastosował naszą broń w meczu przeciwko nam. Całe szczęście nie udało im się wtedy wbić gola. W przeciwnym razie serce by mi w gardle stanęło. Przez wiele lat grałem w lidze, wystąpiłem ze trzysta razy w Wiśle Kraków, byłem zawodnikiem reprezentacji, a jak ostatnio szedłem po parku to mnie dzieci rozpoznały. Mamo, mamo, zobacz, to ten pan od szarańczy idzie - krzyknął jakiś mały kibic. I co ja mam się na niego obrazić? Mogę być panem od szarańczy, nie ma sprawy.

W Kielcach znów jest znakomita atmosfera dla futbolu. Ciekawa drużyna, kilkanaście tysięcy widzów na każdym meczu, wspaniały stadion...

I świetna baza treningowa. Nigdy nie miałem przyjemności pracować w takich warunkach. Tutaj całe miasto żyje tą drużyną. Nic tylko wygrywać.

Sprowadza pan coraz więcej Brazylijczyków. Właśnie do Kielc dotarł były zawodnik Legii - Edson. Nie boi się pan, że zbyt duża kolonia ludzi z kraju kawy może sprawić kłopoty? Tak bywało w innych klubach.

Wie pan co? Ja jestem dumny, że pracuję z takimi ludźmi jak Edi Andradina, Hernani czy Edson. Ten Edi jest już symbolem klubu - wzorem do naśladowania, prawdziwym idolem. Ludzie potrzebują pozytywnych idoli. On spełnia takie kryteria. W wyborach na kapitana brało udział dwudziestu trzech zawodników. Edi zwyciężył bezapelacyjnie. Na trzecim miejscu znalazł się Hernani. To świadczy o tym jak wielkimi autorytetami są ci zawodnicy. Niech pan sobie wyobrazi, że w programie większości wycieczek po kielecczyźnie jest zwiedzanie stadionu Korony. Turyści przychodzą na treningi i każdy chce sobie zdjęcie z Edim zrobić. Czasem dezorganizuje to treningi, ale nie wkurzam się. To jest właśnie urok tego klubu.

Edson trzy lata temu zapewnił Legii mistrzostwo Polski. W jakiej jest teraz formie?

Bardzo dobrze wygląda. On jest zachwycony Polską. Jak idzie po ulicach Kielc to wszyscy go rozpoznają, pozdrawiają, czuje i widzi jak wielkie są wobec niego oczekiwania. I sądzę, że je spełni. Już mu powiedziałem, że jego lewa noga warta jest dwa miliony dolarów. Aby nie zwariował dodałem, że prawa ledwie pięć dolarów. Uśmiechnął się i powiedział, że będzie nad tą prawą pracować.