Słynny Alfredo di Stefano wręczył Polakowi koszulkę Realu z napisem Dudek (na razie bez numeru). Wyraźnie przejęty i stremowany były reprezentant Polski powiedział, że nie zamierza zbyt wiele mówić, bo wszystko, co mógłby dodać o wielkości tego klubu, byłoby banalne. Później pierwszy raz wszedł do szatni Realu, aby przebrać się w nowy strój i na murawie pozował do zdjęć fotoreporterom.

Blisko tysięczna publiczność, która przyszła na prezentację (bilety sprzedawano po 10 euro), przyjęła Dudka bardzo gorąco. Na trybunie było wielu Polaków z biało-czerwonymi flagami. Wzruszony bramkarz rzucił w ich kierunku swoje rękawice oraz dwie piłki i ceremonia została zakończona. Następna według identycznego scenariusza odbędzie w przyszłym tygodniu. Kolej na Arjena Robbena z Chelsea.

"Zawsze jest podobnie. Programowo każdy z nowych graczy popełnia jakiś błąd. Dudek też to zrobił. <Będziemy mistrzami> powiedział po hiszpańsku z takim błędem, że złapałam się za głowę" - żartowała jedna z hiszpańskich dziennikarek.

Poza tym jedną wpadką podczas pierwszych chwil w Madrycie Dudkowi idzie jednak jak z płatka. Kiedy tylko wylądował nocą na lotnisku Barajas, już w strefie przed kontrola paszportową czekało na niego dwóch przedstawicieli klubu, a także policjantka i policjant. "Plan jest taki: Ten człowiek bierze twój bagaż. Ja idę przodem. Z boku osłaniają cię policjanci. Samochód zaparkowany jest z lewej strony. Odpowiedz tylko na dwa pytania dziennikarzy" - poinstruowano nieco zdziwionego Dudka.

Pracownik Realu przestraszył się, kiedy zobaczył, że Polak ubrany jest dżinsy i koszulkę z krótkim rękawem, a jego walizka jest bardzo mała. "Nie wziąłeś garnituru na prezentację? Jaki jest twój rozmiar, będziemy szybko musieli kupić" - rzucił działacz. "Spokojnie, czekam jeszcze na drugi wielki bagaż. Żona widziała w telewizji, jak był ubrany Saviola podczas swojej prezentacji. I włożyła mi do walizki garnitur" - uspokoił go Dudek.

Jeszcze tylko rozdał kilka autografów innym pasażerom (jeden z nich w paszporcie) i przekonał się, że instrukcje, jakich udzielono mu chwilę wcześniej, nie były bezzasadne. Mimo że zbliżała się godzina 23.00, tłum dziennikarzy omal nie stratował zawodnika, który na razie ma być jedynie rezerwowym. Zgodnie z zaleceniami odpowiedział tylko na dwa pytania. O rywalizacji z Casillasem: "Mam nadzieję, że zostaniemy przyjaciółmi". O grze w Realu: "Spełniły się moje marzenia".

W piątek rano w klinice Sanitas la Moraleja przeszedł badania lekarskie, chwilę później podpisał kontrakt w hotelu Mirasierra Suites (dwa sezony, za blisko 4 mln euro netto), zaprezentował się na Santiago Bernabeu i został na dwie godziny zamknięty w studio Real Madrid TV. Każdy zawodników Realu zgodnie z zapisami w kontrakcie musi bowiem spełniać znacznie więcej obowiązków marketingowych i medialnych niż w każdym innym klubie - pisze DZIENNIK.

Dopiero późnym popołudniem Dudek ruszył ze swoim menedżerem Janem de Zeeuwem oglądać apartamenty, w których mógłby zamieszkać. Wszystko toczyło się w ogromnym pośpiechu, po to by polskim bramkarz już w sobotę mógł dołączyć do drużyny, która wyjeżdża na zgrupowanie do Austrii. "Prawdę mówiąc, jeszcze do mnie nie dociera, że jestem zawodnikiem Realu" - mówi DZIENNIKOWI Dudek. "To jest niesamowite, co się wokół mnie dzieje. Ta propozycja z Realu pomieszała mi wszystkie plany, przewróciła życie. Myślałem, że w moim wieku już powoli powinienem się wyciszać. Podchodzić do lądowania, odciąć się od mediów, skupić się na tym, by moje dzieci były jak najlepiej wychowane, mieć więcej czasu dla siebie. Ale co z tym Realem? Czy to jakaś bajka czy co?" - zastanawia się "Dudi".

Podjął decyzję pod wpływem telewizji. "Usłyszałem, jak facet, jakiś wybitny specjalista od PR, mówi, że to, co robię w sprawie swojego marketingu, jest genialne" - opowiada bramkarz. "I że on nie wierzy, że ja to robię sam. Muszę mieć jakiegoś fachowego doradcę. Przecież świetnie kreuję swój wizerunek, podgrzewam atmosferę, wymyślając, że chce mnie nawet Real Madryt. Przecież on się sprzedał już do wszystkich klubów Europy. W efekcie nie przejdzie do Realu, ale wywołał taki szum wokół siebie, że zatrudni go FC coś tam. Zdenerwowało mnie to. Pomyślałem sobie: Jak nie wybiorę tego Realu, to wszyscy rzeczywiście uznają, że ten transfer wymyśliłem. Już część dziennikarzy zaczynała wątpić, czy mówię prawdę. No to mają odpowiedź" - cieszy się Dudek.

A jak było naprawdę z tym Realem? "Tak poważnie to rozmawiałem o Realu z Pepe Reiną i trenerem bramkarzy Liverpoolu, Ochotoreną, który jest z Madrytu" - zdradza Dudek. "Powiedzieli: Jurek, jak masz możliwość, to idź tam nawet na piechotę. Będziesz miał taką futbolową kuchnię do zobaczenia, że ci oko zbieleje. Ten klub jest tak fantastyczny, tak magiczny, że nie da się tego opisać. Ja na to: No tak, ale będę tam tylko drugim bramkarzem. A oni, że drugi bramkarz Realu to nie jest żaden wstyd. To jest naprawdę coś" - opowiada DZIENNIKOWI.

No i stało się. "Prawdę mówiąc, teraz jestem zupełnie w innej sytuacji niż przez ostatnie dwa lata w Liverpoolu" - kontynuuje swoją opowieść bramkarz Realu. "Tam byłem przecież na szczycie, nosili mnie po tym finale w 2005 roku na rękach, uwielbiali kibice i nagle Benitez posadził mnie na ławce. Nie byłem na to przygotowany, buntowałem się. Tutaj akceptuję fakt, że numerem jeden jest Iker Casillas. Nietykalny, jak mówią. Biorę się do roboty i będę z nim walczyć. Startuję z dołu. Realowi podobno się nie odmawia. Wiedziałem o tym, ale w pewnym momencie byłem już dogadany z Betisem Sevilla. Zachowali się tam jednak niepoważnie i wróciłem do rozmów z Realem. Nie jest jednak tak, że tutaj skończę karierę. Ustaliłem, że jeśli dostanę ofertę z jakiego klubu z górnej półki, który ma ambitne cele, a nie np. utrzymanie w lidze, to będę mógł odejść. Nie zamierzam już grać w dużo słabszym klubie. Jak się zawodnik przyzwyczai do pewnych standardów, trudno mu później na dłuższą metę zaakceptować coś gorszego" - tłumaczy Dudek.

Gdy trenował ostatnio w Polsce, słychać było docinki: Już go tylko stać na Wodzisław. "Trenowałem z chłopakami z Odry, bo nie byłem w stanie siedzieć na tyłku, wiedząc, że ważą się moje losy. Teraz jestem spokojny, ale czekam na stres. Stres przyjdzie. Może się nie rozpłaczę do poduszki, ale pewnie zadzwonię do żony i powiem: To nie dla mnie życie. Jadę do domu. Tak było w Feyenoordzie, później Liverpoolu. I teraz też tak będzie. Człowiek bywa w świecie, ale jednak ciągle ma tremę, na szczęście nie trwa ona długo" - wyjaśnia "Dudi".

W dobrej aklimatyzacji w najbardziej znanym klubie świata ma pomóc Polakowi Holender Ruud van Nistelroy. "Znam Ruuda bardzo dobrze" - mówi Dudek. "Te nasze kariery gdzieś tam obok siebie idą. On wypływał w Heerenveen, ja w Feyenoordzie. Rywalizacje napastników z bramkarzami, zwłaszcza w Holandii, były bardzo głośne. Pamiętam, jak on był w PSV Eindhoven, graliśmy ważny, prestiżowy mecz i wybroniłem wiele jego strzałów. Wtedy nie udało mu się mnie pokonać. W gazetach analizowali później właściwie tylko nasze zachowania. Ruud to, a Dudek tamto... Zawsze przed meczami, kiedy graliśmy przeciwko sobie, kilka minut żartowaliśmy" - opowiada DZIENNIKOWI.

"Kiedy grał w Manchesterze United, a ja w Liverpoolu, podszedł do mnie i zapowiedział, że chce przedłużyć swoją fantastyczną serię. Miał chyba dziewięć bramek zdobytych w kolejnych meczach. Chciał dziesiątej. Nie dostał... Zauważyłem, że dobry kontakt z napastnikami rywali bardzo mi pomaga. Takie rozmowy, kilka zdań w trakcie meczu sprawiają, że się rozluźniam. Z Szewczenką podczas tego pamiętnego finału w Stambule też pogadałem" - dodaje Dudek.

Zatrudnienie w Realu Madryt będzie oznaczać dla Dudka kontakt z czołówką świata show-biznesu. "Takich przyszywanych słynnych kolegów, od kiedy zacząłem być rozpoznawalny na europejskich salonach, mam coraz więcej" - przyznaje. "I wie pan co? Tacy ludzie, którzy zarobili ogromne pieniądze, są znacznie normalniejsi niż ci, którzy kreują się na bogatych, a pieniądze przesłaniają im wszystko. Od razu rozróżniam biznesmena, który doszedł do wszystkiego ciężką pracą, od takiego, który wzbogacił się na przekrętach. Ten drugi to z reguły arogant, który przechwala się stanem konta" - tłumaczy.

"Europejskie środowisko piłkarskie wbrew pozorom darzy się wielkim szacunkiem. Tu nie ma bufonów. Jak przeszedłem do Liverpoolu, to się o tym przekonałem. Wcześniej zastanawiałem się, jak to będzie? Owen, Fowler, Hyypia, Heskey. Takie gwiazdy, znane z gazet, gdzie ja tu pasuję? A to tacy fajni ludzie, normalni. Mnie zresztą też pytali kilka razy. Dlaczego ty jesteś taki zwykły? Przecież powinieneś być inny, nadzwyczajny. A mnie się wydaje, że im człowiek wyżej zajdzie, tym większą powinien zachowywać klasę. I starać się stąpać po ziemi" - kończy Jerzy Dudek.