Hagi świetnym piłkarzem był. To nie ulega najmniejszej wątpliwości. Wypłynął w Rumunii, gdy, grając w słabiutkim Sportulu Studantesc, zdobył 31 bramek w 31 meczach rumuńskiej ekstraklasy. Kupiła go Steaua, z którą trzykrotnie był mistrzem kraju, sięgnął również po Superpuchar Europy, w barwach Barcelony grał też w przegranym finale Ligi Mistrzów (0:4 z Milanem).

Po upadku komunizmu wyjechał za granicę. Grał w Realu Madryt, włoskiej Brescii i FC Barcelonie. Bez większego powodzenia. Odnalazł się dopiero po transferze do tureckiego Galatasaray Stambuł. Z klubem tym zdobył cztery mistrzostwa kraju, a w 2000 roku zdobył Puchar UEFA po wygranej w rzutach karnych nad Arsenalem Londyn. Hagi nie wykonywał jedenastki. W dogrywce uderzył bez piłki Tony'ego Adamsa i wyleciał z boiska.

W drużynie narodowej wystąpił aż 125 razy i zdobył 35 goli. Apogeum jego formy przypadło na mistrzostwa świata w USA w 1994 roku. Rumuni doszli tam do ćwierćfinału, w którym po serii jedenastek ulegli Szwedom. Hagi był jedną z gwiazd turnieju. Niemal w pojedynkę wygrał mecz 1/8 finału z wielką Argentyną, notując gola i dwie asysty. W sumie trzykrotnie wystąpił na mistrzostwach świata, sześciokrotnie wybierano go piłkarzem roku w Rumunii.

Kariera trenerska Hagiego to totalne zaprzeczenie tej piłkarskiej. W 2001 roku objął drużynę narodową. Efekt: brak awansu na Mundial i szybka dymisja. Potem został trenerem tureckiego Bursasporu, lecz, jak twierdzi, szybko się zniechęcił. Następnie zajął ławkę trenerską swojego szczęśliwego Galatasaray. Wyleciał po roku, bo był dopiero trzeci w lidze. Co z tego, że sięgnął po Puchar Kraju. Potem wrócił do Rumunii i został trenerem Politehniki Timisoara. Też rok pracy i cierpliwość działaczy już się wyczerpała. Teraz od miesiąca prowadzi Steauę Bukareszt i w eliminacjach Ligi Mistrzów trafił na nasze Zagłębie.

Sześć lat pracy trenerskiej. Kadra i cztery drużyny klubowe. Żadnego sukcesu, niemal same porażki. I niech tak będzie dalej...