"Gdyby nie to, że na razie nie ma chętnego do finasowania tego przedsięwzięcia, to już dawno po boiskach ekstraklasy biegaliby zawodowi sędziowie" - twierdzi szef Polskiego Kolegium Sędziów Sławomir Stempniewski.

Tyle że pieniądze są. W tej chwili w kasie PZPN leży ponad 40 milionów złotych. Zamiast wydawać krocie na bankiety, można część z tych pieniędzy przeznaczyć na opłacanie zawodowych rozjemców w naszej ekstraklasie - przekonuje "Fakt".

Problem w tym, że PZPN nie chce sięgnąć do swojej sakiewki, bo uważa, że arbitrów powinna opłacać Ekstraklasa S.A. A ta na razie szuka sponsora, który mógłby finansować zawodowych sędziów. "Nam jest obojętne, kto będzie płacił. Ważne, żeby pieniądze na zawodowych sędziów się znalazły. Cały świat idzie w tym kierunku, więc my nie możemy zostać w tyle" - przekonuje Stempniewski.

Sytuację poprawiłoby także pozwolenie sędziom na korzystanie z telewizyjnych powtórek przy rozstrzyganiu spornych sytuacji boiskowych. Z tym jest jednak sprawa trudniejsza, bo muszą na to wyrazić zgodę FIFA i UEFA, które niechętnie wprowadzają nowinki do piłkarskich przepisów.

Nasi sędziowie mogliby za to już w tej chwili korzystać z elektronicznego systemu porozumiewania się ze sobą na boisku. W Lidze Mistrzów, a także w kilku ligach europejskich, widok arbitra z mikrofonem i słuchawką w uchu to norma. Tymczasem u nas takie cacko ma tylko jedna trójka sędziowską. "To prawda. Ale Grzegorza Gilewskiego i jego asystentów wyposażyła w ten system UEFA. W tym przypadku również chodzi o kasę. Jeden taki zestaw kosztuje 5 250 euro. Na to też trudno znaleźć kasę" - mówi "Faktowi" Stempniewski.