Obawiacie się meczu z Milanem?
Nie. Mamy w składzie wielu Brazylijczyków i mnie, więc technicznie nie odstajemy od najlepszych w Europie. Latem nasz prezes wydał prawie sto milionów euro na wzmocnienia, a trener Lucescu pracował w wielu włoskich klubach, więc czego mamy się obawiać? Niczego! Na dzisiejszy mecz przyjedzie 300 kibiców z Livorno, więc poczuję się jak w domu. Może znów zobaczę jakąś czerwoną flagę i coś strzelę?

Nazywają pana Che. Miał pan problemy ze względów na przekonania polityczne?
Mówi się, że Włochy to demokratyczny kraj, że można wierzyć w nim w co tylko się chce. Wielokrotnie byłem nieakceptowany w różnych środowiskach ze względu na swoje przekonania. Zaczęło się, gdy miałem 19 lat. Strzeliłem gola w reprezentacji młodzieżowej. Z radości zdjąłem koszulkę. Na podkoszulku miałem wizerunek Che Guevary. W mediach rozpętała się burza. Na pewno fakt, że sprzyjam komunistom, nie ułatwił mi kariery. Niektórzy ludzie mają mnie za ekstremistę, bo popieram kibiców Livorno, którzy wywieszają czerwone flagi. A przecież ekstremistami to są ci z Lazio ze swastykami w ręku.

Podobno jest pan jednym z najbardziej znanych piłkarzy w Chinach i na Kubie?
Proszę pamiętać, że we Włoszech też. Wierzę, że jestem popularny ze względu na moje umiejętności, a nie przekonania polityczne. Przecież chce mnie Milan, klub Berlusconiego, którego trudno podejrzewać o lewackie skłonności.

Od września wychodzi pana gazeta, "Corriere di Livorno". Lewicowa, czy prawicowa?
Powiedzmy, że obiektywna. Jestem chyba pierwszym w historii piłkarzem-wydawcą. Idzie mi na tyle dobrze, że zamierzam wypuścić lokalne wydanie w Pizie. Ale do tego potrzebuję już wspólnika. W Pizie jest znany klub piłkarski i wątpię, aby ludzie chcieli tam kupować gazetę firmowaną moim nazwiskiem. Raczej za mną tam nie przepadają.

A w Doniecku?
Nie narzekam. Chociaż tęsknię za fanami Livorno, a przede wszystkim za rodziną. Tutaj nie ma szkół, do których mogłyby uczęszczać moje dzieci, więc cały czas jesteśmy rozłączeni. Drażni mnie też fakt, że codziennie rano serwuje się nam na śniadanie kawior. Na szczęście za każdym razem przywożę ze sobą z Włoch moje ulubione ciasta i cappuccino, więc jakoś daje radę.

Kiedyś odmówił pan przejścia z Livorno do Torino i świadomie zrezygnował z miliona euro. Pana menedżer napisał wtedy książkę pt. "Zatrzymajcie sobie ten milion". Czy teraz znów gotowy jest pan zrezygnować z masy pieniędzy, byle wrócić do Włoch?
Już raz to zrobiłem i teraz też nie miałbym żadnych skrupułów. Nam, sławnym piłkarzom, wydaje się, że transfer do mniej znaczącej ligi to będzie spokojna emerytura za wielkie pieniądze. Pieniądze na Ukrainie owszem są, ale właśnie tego przed czym człowiek uciekał - wielki stres, wielka odpowiedzialność i presja - z czasem zaczyna brakować najbardziej. Teraz wiem, że pewnych emocji nie da się kupić, są bezcenne.

W Szachtarze ma pan trzyletni kontrakt i straciłby pan nie jeden, a ponad jedenaście milionów.
A co tam. Gdyby zgłosiło się po mnie Livorno, nie potrafiłbym odmówić. Już jako dzieciak wściekałem się na kolegów z klasy, którzy kibicowali Juventusowi, czy Milanowi. Przecież urodzili się w Livorno, jak mogli nie kibicować swojemu klubowi? Chciałbym tam wrócić. Jeśli nie jako piłkarz, to jako menedżer. Jako właściciel klubu na pewno nie. Do tego trzeba wielkich pieniędzy, a ja pieniędzy na razie nie mam.

Żałuje pan transferu do Szachtara?
Cóż, pokłóciłem się z prezesem Livorno, musiałem odejść. Nie miałem innych ofert, więc przyjąłem tę. Problem w tym, że nie znałem regulaminu ligi ukraińskiej, który mówi, że na boisku może przebywać w jednej drużynie co najwyżej sześciu obcokrajowców. W Szachtarze jest czternastu obcokrajowców, ośmiu napastników, więc gdy gramy w lidze, często siadam na ławce. Mogę się popisywać głównie w Lidze Mistrzów, gdzie ten przepis nie obowiązuje. Gdybym o tym wiedział wcześniej, to w życiu bym tu nie przyszedł. Jestem twardzielem, ale lata lecą i dla mnie. Nie mogę marnować czasu.